Wywiad z T.A. Żakiem

Data: 23 września 2013

Zapraszamy do lektury wywiadu, który ukazał się na nowym portalu kulturalnym www.mgzn.pl:

ZAPOTRZEBOWANIE NA POLSKĘ
O ogromnej niszy, zagospodarowywanej przez mały teatr z Tarnowa, Magazyn rozmawiał z założycielem i reżyserem Teatru Nie Teraz, Tomaszem A. Żakiem.

fot. Aleksandra Żak

fot. Aleksandra Żak

Teatr z ponad trzydziestoletnią historią, który ma na koncie między innymi spektakle o rzezi wołyńskiej, żołnierzach wyklętych i ukrywaniu Żydów w czasie okupacji. Na swojej stronie piszą: „Tradycja to zgoda na przeszłość, bez której by nas nie było. (…) To szacunek do tego, co z przeszłości, co czyni nas lepszymi.” Nie dekonstruują historii, a wciąż pozostają oryginalni.

MAGAZYN: Nazywacie się Teatrem Nie Teraz. Skoro „nie teraz”, to kiedy? Czy ma to związek z silnym przywiązaniem grupy do tradycji?

Tomasz A. Żak: W nazwie ukryty jest semantyczny paradoks. Ale jest i tajemnica, niekoniecznie wytłumaczalna obecnym repertuarem naszego teatru. Może najprościej będzie odwołać się do naszej mojej metody pracy i relacji z widzem. Wedle niej „teatr” nie dzieje się wtedy, kiedy publiczność spotyka się z aktorami, czyli podczas spektaklu. Wtedy zdarza się coś, co ja nazywam iluminacją, przepływem energii. Teatr prawdziwy zdarza się przed i po. To „przed” może trwać długimi miesiącami, kiedy spektakl się buduje, rośnie w głowach jego twórców i podczas prób. To „po” definiuje się w widzu po wyjściu ze spektaklu, kiedy wraca do niego (często nawet po tygodniach) i buduje w sobie choćby jakiś fragment naszego świata. Tak więc nasz teatr jest „nie teraz”.

Jaka jest Pana zdaniem misja teatru i jaka jest misja Teatru Nie Teraz?

Najkrócej: teatr jest po to, aby zmieniać świat. Zmieniać na lepsze. Problem w tym, co się rozumie pod tym pojęciem. Bardzo ważne są więc punkty odniesienia: kulturowe, estetyczne, etyczne, również religijne. Jeśli istnieją wokół nas i w nas, jeśli nie są zrelatywizowane, o co dzisiaj wcale nie tak trudno, to wtedy można mówić o odsyłaniu do Tradycji, do własnej historii, do sprawdzonych przez wieki kanonów sztuki, do Dekalogu. Ja na pewno chciałbym teatrem zmieniać ludzi i staram się to czynić, i to właśnie w kontekście tej, pisanej wielką literą Tradycji. Tradycji polskiej, a więc przede wszystkim romantycznej, bo ta najbardziej polskość uformowała. Tradycji europejskiej, a więc definiowanej etosem rycerskim i kulturą łacińską, czyli katolicyzmem. W świecie takich punktów odniesienia czuję się „u siebie w domu” i do tego domu chciałbym zaprosić jak najwięcej ludzi. To daje siłę potrzebną do działania w offie. To definiuje wszystko, co jest we mnie najważniejsze. Bo, tworząc, warto pamiętać, skąd ci nogi wyrastają. Warto pamiętać, że jest się Polakiem, katolikiem.

Czy rozważania nad polską tożsamością to specyfika repertuaru Teatru Nie Teraz?

Niezupełnie. Choć, zgodnie z tym, co powiedziałem przed chwilą, ta tożsamość jest świadomym paradygmatem mojego tworzenia. Ostatnie trzy premiery, czyli trzy ostatnie lata naszej pracy, ułożyły się w swoisty tryptyk duchowo-historyczno-patriotyczny: „Ballada o Wołyniu”, „Wyklęci”, „Dzień gniewu”. Jedno jest w tym niezmienne – założenie, aby nie „wdepnąć” w dętą martyrologię, aby nie zrobić „akademii”. „Akademia” to najprostszy sposób deprecjonowania Tradycji i owej misji, o którą Pani pytała. Moje spektakle to najpierw zdarzenia artystyczne, a potem dopiero ewentualna edukacja czy nawet reedukacja. I wygląda na to (w odbiorze widzów w całej Polsce, bo przecież dużo podróżujemy), że to się udaje.

Czy poruszanie tego typu tematów sprawia, że możemy nazwać Teatr Nie Teraz teatrem politycznym? Czy chcecie zajmować wyraźne stanowisko w debacie publicznej?

Na drugie pytanie odpowiem twierdząco, ale jednego chciałbym się w swej pracy ustrzec: robienia czegoś na zamówienie lub na rocznicę. Wtedy nie byłbym artystą, a propagandystą. Przykładowo, jakoś do tej pory nie zrobiłem spektaklu o katastrofie smoleńskiej, choć temat ten tkwi we mnie głęboko. Mój spektakl o rzezi wołyńskiej powstał nie w tym roku, w jej 70-tą rocznicę, ale trzy lata temu. Wtedy do niego dorosłem, po prostu. A politycy dzisiaj robią nam tylko „prezent”, nie chcąc w Sejmie nazwać tamtych wydarzeń ludobójstwem, choć ludobójstwem one były. Tak m.in. upolitycznia się sztuka, a naszą „Balladę…” obejrzało już ponad 5 tys. widzów. I tak propozycja artystyczna, dotykając przemilczanego dziesięcioleciami i wciąż zakłamywanego tematu, staje się teatrem politycznym. A tak w ogóle, to w świecie tak spolaryzowanym i na tej szerokości geograficznej, trudno o sztukę, która jest niepolityczna. A szczególnie, kiedy władza, finansując tych, a nie innych artystów, te, a nie inne projekty artystyczne, sama upolitycznia sztukę. I tak jest odkąd pamiętam.

Z jakich innych źródeł czerpią Państwo inspirację, oprócz polskiej historii i kultury europejskiej?

Mówiąc o kulturze europejskiej, wspomniałem o jej korzeniach łacińskich, czyli chrześcijańskich. To jest rzecz, która mnie inspiruje od bardzo wielu lat. Tak jak i geneza siły, którą miało w sobie „pokolenie Kolumbów”, a jeszcze bardziej „pokolenie Wyklętych”. Niezależnie od tego, pasjonuję się Ameryką i jej patriotyzmem, także w kontekście zderzenia tych wartości z filozofią hippisowską, z epoką kontestacji.

W ramach moich doświadczeń teatralnych sięgałem również do kontekstów etnicznych. Oprócz polskiej wsi w ogólności czy polskich Kresów, współpracowałem warsztatowo z ludźmi z Azji (Singapur, Korea, Japonia) i bardzo wiele się od nich nauczyłem. Jednak nie mogę zrozumieć, że ludzie sztuki stąd szukają inspiracji gdzieś na dalekim Wschodzie, wyjeżdżają śpiewać pieśni mongolskie, a nie śpiewają chorału gregoriańskiego, nie szukają własnej energii i tożsamości kryjącej się chociażby w kulturze Christianitas. Czy to tylko ignorancja?

Czy nie boi się Pan, że tak silne określenie może doprowadzić do wyczerpania obszaru inspiracji?

Jestem przekonany, że ten obszar się nie wyczerpie. Powiem nawet, że ma on przed sobą wielką przyszłość. Rzeczy modne są tylko modne, a narodowość, jak i wyznanie, są na zawsze.

Zresztą robimy też inne rzeczy. W repertuarze Teatru jest wciąż spektakl „Intensywność szkła poza percepcją”. Psychodeliczny tytuł jest adekwatny do tematyki i treści odsyłających nas do czasów bitników i kontestacji amerykańskiej, a jest oparty na tekstach słynnej Sylwii Plath. W jednej z tarnowskich kawiarni organizujemy też uteatralizowane wieczory pełne muzyki i międzyludzkich spotkań, co zwie się „Czytaniem nocą”. Są i prowadzone przez nas warsztaty, ale… no cóż – one zwą się „Teatr dla Tradycji”.

Czy sądzi Pan, że Teatr Nie Teraz zajmuje pewną niszę na współczesnej scenie teatralnej w Polsce? Jak by Pan nazwał tę niszę?

Od momentu, kiedy zaczęliśmy częściej podróżować po Polsce, czyli od jakichś czterech lat, dostrzegam, że taka nisza faktycznie istnieje, że jest ogromna i, że się powiększa. Potrzeba tego typu teatru, czy tego typu prezentacji, jaką my oferujemy, jest naprawdę duża. To wcale nie przypadek, że np. Telewizję Trwam ogląda parę milionów ludzi. Że w Marszu Niepodległości idzie kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Mamy w Polsce organizacje kresowe (swoją drogą, lekceważone przez państwo, dokładnie odwrotnie niż dzieje się to w stosunku do niemieckich wypędzonych), mamy wciąż – dziękować Bogu – licznych kombatantów AK, Sybiraków, Rodziny Katyńskie, mamy ich dzieci i wnuków, mamy coraz liczniejsze grupy rekonstrukcyjne. Tak, to jest ogromny rynek, który czeka na atrakcyjną dla siebie propozycję artystyczną. Jesteśmy zapraszani przez takich ludzi i widzę, jak bardzo jest im to potrzebne.

Jest to nazwać? Ta nisza nazywa się po prostu – Polska. Jest to nisza milionów ludzi, także poza granicami kraju. I okazuje się, że teatry instytucjonalne, utrzymywane z publicznych pieniędzy, nie dostrzegają tej niszy, nie pracują dla niej. Nawet z biznesowego punktu widzenia jest to, przepraszam za wyrażenie, głupotą.

Jak wyglądają Państwa plany na najbliższy sezon?

Ostatnia premiera z czerwca to „Dzień gniewu” Romana Brandstaettera, bardzo ważny i mocny spektakl, i znów anturaż historyczny, ale jakże na czasie, bo mamy relacje polsko-niemiecko-żydowskie. Prezentujemy „Balladę o Wołyniu”, „Wyklętych” oraz „Intensywność szkła poza percepcją”. Przed nami jesienne podróże do ludzi z tej opisanej niszy, czyli do Polaków. W rodzinnym mieście władza nas raczej nie chce (śmiech), ale może i tutaj zagramy. Co nowego? Jest plan na dwie rzeczy, o których może jeszcze nie mówmy dzisiaj, może „za chwilę”. Myślę również o powrocie do spektaklu, który miał swoją premierę osiem lat temu w Teatrze Witkacego w Zakopanem, a dedykowałem go jednemu z największych polskich twórców, Władysławowi Hasiorowi, w piątą rocznicę jego śmierci. Spektakl „Liczba aniołów” opowiada o opętaniu dzisiaj. O sytuacji, w której ludzie nie mają pracy, czyli tak jak dzisiaj. O sytuacji, w której muszą wyjeżdżać za pracą z własnego kraju, czyli dalej tak jak dzisiaj. A miejscem, w którym opętanie do nich przychodzi najłatwiej jest urząd pracy. Tam diabeł składa nam jakże atrakcyjną propozycję. Spektakl grany był wyłącznie męskim składem. Teraz chcę wrócić do tego przedsięwzięcia w wersji damskiej. Cóż, kolejne ideologiczne szaleństwo współczesności, czyli gender, aż „się prosi”, aby o nim opowiedzieć. W teatrze musi przecież o coś chodzić i to musi widza obchodzić.