„Wyklęci 44” – Łupaszka, Inka i Teatr Nie Teraz Tomasza Żaka w Królowych pod Głubczycami

Data: 11 września 2018


Na stronie magazynier.szkolanawigatorow.pl ukazał się niezwykle ciekawy tekst-recenzja naszej prezentacji spektaklu „Wyklęci” otwierającej projekt „WYKLĘCI 44”. Autor – Wacław Grzybowski, występujący pod
nickiem Magazynier, na wstępie przedstawia miejsce, w którym to się odbyło, a które jest mocno związane z postacią legendarnego mjr Zygmunta Szyndzielarza „Łupaszki”. Chodzi o stary młyn za wsią Królowe koło Głubczyc.

 

Autor m.in. tak pisze o tym:

Gospodarstwo owo, jako azyl okazało się nie tylko ochroną względną i umowną, ale i krótkotrwałą. „Łupaszka” wraz z podwładnymi przeżył tam tylko miesiąc. Po miesiącu bezpieka zaczęła się interesować nowymi mieszkańcami Królowych. Cała grupa natychmiast, „w ciągu pół godziny”, ruszyła w dalszą tułaczkę w różne miejsca kraju. Szendzielorz wraz z Lidią Lwow trafili na Podhale, gdzie „przetrwali jeszcze rok”.

A dalej już nawiązuje do czasów współczesnych:

          Gospodarstwo w Królowych przetrwało, lecz nie w stanie nietkniętym. Ze stodoły pozostała połowa, część zawaliła się. Podobnie inne budynki przetrwały w częściach. Jest tam kamienna tablica wspominająca „Łupaszkę” i jego grupę, również obszerna tablica informacyjna.

Dowiadujemy się, że inspiratorami i organizatorami inscenizacji spektaklu byli dwaj harcmistrze ZHR – Marcin Żukowski i Wiesław Janicki. Następnie autor przechodzi już do konkretów teatralnych:  

            Tomasz Żak wraz z piątką doskonałych aktorów otworzył nowy sezon Teatru Nie Teraz. A właściwie przekroczył kolejną granicę komunikacji teatralnej, komunikacji między scenarzystą, współtwórcami scenariusza, autorami tekstów poetyckich (czasem już zapomnianych), reżyserem, aktorami, którzy dali z siebie wszystko, a widzami. Granica została przekroczona po pierwsze poprzez owo miejsce, gospodarstwo w Królowych, znajdujące się na granicy historii i dzisiejszego czasu. Po drugie z racji surowej i ubogiej estetyki miejsca, ale jednak estetyki, która narzuciła nową dyscyplinę, nowe ramy tej sztuce, którą Teatr Nie Teraz prezentuje już od 2012 r.

            Owe ramy, jak również styl gry aktorskiej, kojarzyć się mogą z estetyką „Teatru Laboratorium 13 rzędów” Jerzego Grotowskiego, który najpierw w Opolu w gomułkowskich latach 60-tych, w lokalu na Rynku, a potem we Wrocławiu, dokonywał swoich teatralnych eksperymentów. A jednak jest to skojarzenie nieadekwatne z racji diametralnie odmiennych orientacji duchowych Grotowskiego, neomarksisty i maga, w zasadzie satanisty, gdy Tomasz Żak i jego aktorów prezentują orientację katolicką i patriotyczną. A przede wszystkim dlatego, że „Nie Teraz” jest teatrem słowa, nawiązującym do Teatru Rapsodycznego Mieczysława Kotlarczyka. Znajduje się zatem Teatr Nie Teraz na granicy słowa i aktorskiej brawury, gestu, choreografii – dynamicznej i umiejętnie skomponowanej i świetnie zrealizowanej przez aktorów, jak również gestu symbolicznego.

W swym opisie autor, co bardzo ważne, zauważa istotną rolę pieśni w działaniach naszego teatru.

            Jednak obok słowa, świetnej choreografii, jest również i pieśń. A zatem granica między słowem, a dynamiką i symboliką choreografii, rozciąga się na krainę pieśni. „Wyklęci” to druga inscenizacja Tomasza Żaka, którą miałem przyjemność oglądać. Zauważam na tej podstawie, iż piękne wpisanie pieśni w scenariusz przedstawienia, z wielkim wdziękiem i nietuzinkową jakością interpretacji ze strony aktorów, jest regułą, czy nawet zasadą Tomasza Żaka. Są to zawsze interpretacje porywające, zarówno w wykonaniu jednego aktora jak i całego zespołu. Są to pieśni często religijne, kiedyś powszechnie znane, dziś zapomniane niemal całkowicie. W przedstawieniach Teatru Nie Teraz, również w „Wyklętych”, tworzą nową oryginalną jakość w teatrze polskim.

Następnie mamy długą i analityczną sekwencję poświęconą stronie scenariuszowej spektaklu, z której warto zacytować istotne fragmenty.

            Scenariusz „Wyklętych” to rzecz wielce kunsztowna. Nie jest on tylko umiejętną kompilacją wierszy, dialogów prawdopodobnych dla owego czasu, pieśni i choreografii. Jest czymś, co przypomina orszak – właśnie orszak – zmierzający do celu, określonego i starannie przemedytowanego.

            Arystoteles nic nie pisał w swoim opisie struktury dramatu o ekspozycji czy wprowadzeniu. Zakładał zapewne, że jest to sprawa oczywista. W „Wyklętych” ekspozycja skomponowana jest z historycznych znaczeń zawartych w samym słowie „wyklęci”, w dacie 1944 określającej przypieczętowanie losu Polski znajdującej się na osi między konferencją teherańską, jałtańską i poczdamską, jak również z samym miejscem, związanym wprost z „Łupaszką” a pośrednio z „Inką” Danutą Siedzikówną, Nadto wiele fragmentów spektaklu przedstawia owo całe pokolenie, jako bohatera zbiorowego.

            Są co najmniej dwa momenty zawiązania węzła dramatycznego. Jeden z nich pojawia się w przywołanym widzeniu ks. Piotra z „Dziadów” Mickiewicza: „Wskrzesiciel narodu, z matki obcej, krew jego dawne bohatery, a imię jego czterdzieści i cztery”. Nawiązanie do daty 1944, ekspozycję przenosi w zawiązanie węzła dramatycznego w wymiarze bohatera, którym jest całe pokolenie skazane na ubeckie tortury, sowieckie łagry, śmierć i niepewną przyszłości, nie tylko własnej, ale i całego narodu. Rosnące napięcie budują kolejne teksty (…)

            Odczytanie wyrok na Siedzikównę to moment kulminacyjny, (…) jest to albowiem kolejne przekroczenie granicy i choć zrekonstruowane w fabule dramatu, to jednak bynajmniej nie teatralne. (.,..) Konkluzja, rozwiązanie węzła dramatycznego, to fragment bodajże z „Prawda w oczy kole” Mackiewicza, wymownie wypowiedziany przez Macieja Małysę (Konrada) z użyciem „30 srebrników” oraz pieśń „Kto by ojców wzgardził wiarą”, znakomicie zinterpretowana przez cały zespół.

W finałowych akapitach swego tekstu, autor wymienia twórców przedstawienia.

            Aktorzy znakomici to: Agnieszka Winiarska (Lilka), Ewa Tomasik-Adamczak (Helena), Aleksandra Pisz (Danusia – Inka), Maciej Małysa (Konrad), Przemysław Sejmicki (Janek). Scenariusz i reżyseria: Tomasz Antoni Żak. Wysiłek i kunszt wszystkich wymienionych tu aktorów zasługuje na najwyższe uznanie. Przede wszystkim pomysł fabuły i reżyseria całego spektaklu. A także opracowanie pieśni przez Grzegorza Radłowskiego. Technika, w tym doskonałe operowanie światłem: Ryszard Zaprzałka.

Mamy i konkluzję odwołująca się do polityki kulturalnej państwa…

            Jest niejaką pociechą, że to znakomite przedstawienie, kawał uczciwej ciesiółki teatralnej i kulturowej zostało dofinansowane ze środków publicznych Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, z Funduszu Promocji Kultury.

No i jeszcze taki swoisty autorski bonus – refleksja dotycząca wpisania przez reżysera spektaklu w kosmos stodoły starego młyna…

            (…) Wielce intrygującym jest sposób, w jaki on i aktorzy dopasowali tę inscenizację do surowych, kamienno-ceglanych ścian i całej przestrzeni owego budynku gospodarskiego, a w zasadzie jego ocalałej połowy, w której zmieściło się, oprócz aktorów i sceny, około 150-200 osób. Dodam do tego jeszcze doskonałą kontrolę oświetlenia, niby prostego w operacji, ale wymagającego namysłu i koncepcji. Dlatego po przedstawieniu dopchałem się do p. Żaka i zapytałem, jak sobie poradzili z przestrzenią, czy długo tu ćwiczyli i jak oswoili tę scenę. Żak odpowiedział prosto i zwięźle: „To ona nas oswoiła”. Gdy wszystko sobie zsumowałem, zrozumiałem, że ćwiczyli krótko. Inaczej być nie mogło. To był drugi raz, kiedy miałem okazję, krótko i węzłowato, porozmawiać z p. Żakiem. Nie mogę twierdzić zatem, że znam go dobrze, ale mam wrażenie, że owa odpowiedź krótka i węzłowata, jest czymś dla niego charakterystycznym, tak jak krótka próba przed spektaklem.

Zdjęcie autora tekstu – od lewej Aleksandra Pisz (Danusia), Przemysław Sejmicki (Janek), NN (ktoś z widowni), Agnieszka Winiarska (Lilka), Maciej Małysa (Konrad), Ewa Tomasik-Adamczak (Helena), Tomasza Antoni Żak (reżyser, scenarzysta)