Recenzje

Ile Aniołów zmieści się na główce szpilki?

Nad spektaklem „Liczba Aniołów” Teatr Nie Teraz pracował trzy lata, choć właściwe

próby sceniczne rozpoczęliśmy dopiero wiosną 2004 roku. Genezy tego

widowiska należy szukać jednak w jeszcze wcześniejszych zdarzeniach.

Trochę sugeruje to podtytuł-dedykacja odwołująca się do postaci

Władysława Hasiora. I nie jest to czcza formułka w stylu: „swe dzieło

dedykujemy…”, gdzie w miejsce kropek wstawia się nazwisko jakiegoś

„pasującego” artysty, którego biogram znaleźć można w każdej

encyklopedii. Mistrz Hasior dla naszego teatru, a szczególnie dla mnie,

był przez wiele lat kimś i ważnym, i bliskim. Nie tylko ze względu na

nasze spektakle, przed którymi otworzył swoją Galerię, czy też osiem

kolejnych, w latach 90-tych tam odbytych Teatralnych Spotkań Obrzeży,

w których narodzinach i kolejnych edycjach mieliśmy swój udział. Również

nie tylko ze względu na wielokrotne (czasami bardzo osobiste) dotykanie

samej Galerii, jej zakamarków, zaplecza; i tego „czegoś”, co tam „wisi w

powietrzu” oraz treści – podkreślam słowo treści – jakie z sobą niesie

czerpanie tej przestrzeni w siebie. Najważniejszy był sam Hasior –

żywy człowiek o wielkich, twardych dłoniach i przenikliwych oczach

pod ogromnymi brwiami. Jego milczenie, patrzenie z wysoko zawieszonej

galeryjki, to co mówił… Powiecie, że to egzaltacja; to co tutaj wypisuję.

Nie – to tylko chora moda na brak uczuć. One już nie są w cenie, choć

wszyscy za nimi tęsknią. Nie da się nimi handlować, więc nie są trendy.

Tak jak wiara w Boga, wiara w jego skrzydlatych wysłańców. Nie raz

rozmawialiśmy i milczeli na temat Aniołów. Jego Aniołów. W ogóle Aniołów.

Tych, co nas pilnują i do których dzieci niegdyś odwoływały się w

modlitwie, „rano, wieczór, we dnie, w nocy…”. I tych, które zostały strącone

z Nieba, „tu do nas, na ziemię” i „wodzą nas na pokuszenie”. „Anioły”

Teatru Nie Teraz, to opowieść o opętaniu – tu i teraz. Z użyciem świata

tego gadżetów, których używać może, i używa jak najbardziej, szatan.

Powiecie, że rozmawianie o diable nie jest w modzie, że grzech nie jest

w modzie, a na „smażenie się w piekle”, to w ogóle mamy w Europie

moratorium i być może wkrótce, demokratycznie przegłosujemy, że

piekła tak naprawdę nie ma… A tymczasem Polacy stoją w kolejce

po pracę i w milczeniu czekają „aż zjawi się jakiś Anioł” i powie: „Mam

dla ciebie propozycję”. I wiemy już dziś, że ludzie z pośredniaka przyjmą

każdą ofertę i nawet podpiszą własną krwią warunki jej otrzymania.

To tylko kwestia czasu. W każdym, stworzonym przez człowieka raju,

tak jak i w tym biblijnym, nie brak pokus, dla których punktem odniesienia

bardzo często jest pożądanie. Ot, stoi przed nami kobieta, przyozdobiona

w piękną suknię, zamówioną u najlepszego z krawców postmodernistycznej

cywilizacji. I nikt, tak jak ona, nie jest w stanie pokazać, na czym polega

„wyszywanie charakteru”. Jakieś Anioły kryją się w szafach pełnych kreacji

na każdą okazję. Uważajcie, kiedy otwieracie drzwi. Uważajcie, kiedy

uchylacie okna.

(Tomasz A. Żak)

„Liczba znaków zapytania” (Galicyjski Magazyn Informacyjny TEMI, 27

października 2004)

W tym spektaklu westchnęło się człowiekowi, czy może Aniołowi: „Oddałem

duszę diabłu, bo dał mi pracę”. Nie opiszę jednak dokładnie, szczegółowo,

kolejnego artystycznego kroku Teatru Nie Teraz, gdyż musiałbym i tak

ominąć sporo zakątków. Spektakl pt. „Liczba Aniołów” jest magiczny,

eksperymentalny, nie chcę więc wciskać widzowi żadnych sugestii.

Niech sam sobie pomyśli, przemyśli… Na afiszu poinformowano, że

spektakl jest dedykowany Władysławowi Hasiorowi w piątą rocznicę

śmierci. Teatr Nie Teraz zakwaterowano nareszcie w Mościcach,

jego lokum trochę uporządkowano, ciut ozdobiono. Zaskakuje mnie

ten Teatr Nie Teraz, majstrujący od lat widowiska, a chyba nie wspomagany

przez nikogo systematycznie złotówkami. Zaskakuje zwłaszcza teraz,

kiedy brakuje pieniędzy na coś co tęskni do zaistnienia w obszarze

kultury. Jego twórca, prowodyr, Tomasz A. Żak poświadcza, że jeśli

w kogoś wsączy się magia sztuki, to będzie z uporem w niej trwał.

Tenże „Diabeł” napisał scenariusz „Liczby Aniołów”; jest reżyserem

i scenografem oraz aranżerem tego spektaklu (premiera odbyła się

we wrześniu w zakopiańskim Teatrze im. Stanisława Ignacego Witkiewicza).

(…) Przedstawienie Teatru Nie Teraz to przygoda z odmiennym teatrem,

z miejscem nie kopiującym rzeczywistość, nie pouczającym wprost.

Zszyto go z wielu myśli, uwag, słów, spostrzeżeń, przywołujących

do widza dużą liczbę pytajników. Może on jednak popchnąć do pogrzebania

w swojej głowie i w duszy, zaś drugiego do machnięcia ręką. (…)

Namawiam teatr przy ulicy Mickiewicza, aby przez kilka dni w roku

udostępnił Teatrowi Nie Teraz swoją sceną, choćby kameralną. Niechby

widzowie, którzy już zawarli znajomość z twórczością

przedstawianą na scenie Solskiego, mogli obejrzeć również coś

odbiegającego formą i treściami od Tarnowskiego Teatru.

A teraz zachęcam do obejrzenia „Liczby aniołów”. Warto zobaczyć ten spektakl

choćby dla poszerzenia swojej wiedzy o sztuce teatralnej.

(Ryszard Smożewski)

„Anioły o czarnych skrzydłach” (Wiadomości Świętokrzyskie nr 7 (603), 13 lutego 2006 )

„Liczba Aniołów” to pytanie o to, na ile stać człowieka, ile może zdradzić z tego

w co wierzy, żeby dostać prace i pieniądze. Przekaz aktorów dociera do

widza na kilku płaszczyznach; artyści posługują się konwencjami malarskimi

i ikonograficznymi oraz literackimi. W spektaklu wykorzystane zostały

m.in. fragmenty Ewangelii św. Jana, „Fausta”Johana Wolfganga Goethe,

„Procesu” Franza Kafki oraz wiersz „Siódmy anioł” Zbigniewa Herberta.

Najważniejsza jest w nim jednak fizyczność – mówi Tomasz A. Żak.

– Zanim aktorzy zaczęli czytać teksty, ponad trzy miesiące pracowali

nad ciałem i ruchami, bo najpierw musieli się stać tymi postaciami.

Dopiero potem grani przez nich bohaterowie otrzymali życie. „Liczba

Aniołów” to swoista prowokacja widza, przełamywanie schematów,

polemika z religijnymi uczuciami, inne podejście do egzystencji

i rzeczy ostatecznych. Wmówiliśmy sobie, że Bóg jest tylko miłosierny

i zapominamy o tym, że jest przede wszystkim sprawiedliwy, a sprawiedliwość

niesie ze sobą karę – mówi reżyser. – Pokazaliśmy w spektaklu, że istnieje

granica po przekroczeniu której nie ma już powrotu. Gra świateł, kilka sprzętów i przed

e wszystkim gra trójki aktorów pokazuje największy grzech człowieka – pychę

i to, jak bardzo potrafi być pociągające zło. Zadają też główne pytanie:

„Jak wiele jesteś w stanie zrobić dla pracy?”, bo ona też jest bohaterem

sztuki, która niszczy kolejno każdego z mężczyzn – oddają duszę i porzucają

zasady, w które wierzyli, za pracę. Aktorzy pokazują jak we współczesnym

świecie każdy z nas jest kuszony – promocjami, pieniędzmi i wizją kariery.

„Liczba Aniołów” wymaga maksymalnego skupienia i każdy przejaw

zewnętrzności, który do niego przenika przeszkadza i rozprasza. Ktoś,

kto jest odrobinę przygotowany na spotkanie z taka sztuką, da sobie

z nią radę, zrozumie ją, a ktoś nieprzygotowany ucieknie i jeśli ma się

czego złapać, chwyta się światła wydobywającego się przez szparę w oknie

albo głosu zza ściany.

(Marta Godlewska)