Recenzje

„Liczba znaków zapytania”

 

 

 

(Galicyjski Magazyn Informacyjny TEMI, 27 października 2004)

 

 

 

 

 

W tym spektaklu westchnęło się człowiekowi, czy może Aniołowi: „Oddałem duszę diabłu, bo dał mi pracę”. Nie opiszę jednak dokładnie, szczegółowo, kolejnego artystycznego kroku Teatru Nie Teraz, gdyż musiałbym i tak ominąć sporo zakątków. Spektakl pt. „Liczba Aniołów” jest magiczny, eksperymentalny, nie chcę więc wciskać widzowi żadnych sugestii.

Niech sam sobie pomyśli, przemyśli… Na afiszu poinformowano, że spektakl jest dedykowany Władysławowi Hasiorowi w piątą rocznicę śmierci. Teatr Nie Teraz zakwaterowano nareszcie w Mościcach, jego lokum trochę uporządkowano, ciut ozdobiono. Zaskakuje mnie ten Teatr Nie Teraz, majstrujący od lat widowiska, a chyba nie wspomagany przez nikogo systematycznie złotówkami. Zaskakuje zwłaszcza teraz, kiedy brakuje pieniędzy na coś co tęskni do zaistnienia w obszarze kultury. Jego twórca, prowodyr, Tomasz A. Żak poświadcza, że jeśliw kogoś wsączy się magia sztuki, to będzie z uporem w niej trwał.

Tenże „Diabeł” napisał scenariusz „Liczby Aniołów”; jest reżyserem i scenografem oraz aranżerem tego spektaklu (premiera odbyła się we wrześniu w zakopiańskim Teatrze im. Stanisława Ignacego Witkiewicza). (…) Przedstawienie Teatru Nie Teraz to przygoda z odmiennym teatrem,z miejscem nie kopiującym rzeczywistość, nie pouczającym wprost.

Zszyto go z wielu myśli, uwag, słów, spostrzeżeń, przywołujących do widza dużą liczbę pytajników. Może on jednak popchnąć do pogrzebania w swojej głowie i w duszy, zaś drugiego do machnięcia ręką. (…)

Namawiam teatr przy ulicy Mickiewicza, aby przez kilka dni w roku udostępnił Teatrowi Nie Teraz swoją sceną, choćby kameralną. Niechby widzowie, którzy już zawarli znajomość z twórczością przedstawianą na scenie Solskiego, mogli obejrzeć również coś odbiegającego formą i treściami od Tarnowskiego Teatru.

A teraz zachęcam do obejrzenia „Liczby aniołów”. Warto zobaczyć ten spektakl choćby dla poszerzenia swojej wiedzy o sztuce teatralnej.

(Ryszard Smożewski)

 

 

„Diabeł w urzędzie pracy”. O Władysławie Hasiorze z Tomaszem A. Żakiem, reżyserem spektaklu „Liczba Aniołów”, rozmawia Bartek Solik
(Tygodnik Podhalański, 26 lipca 2005)

 

 

 

 

 

(…)  – O czym jest „Liczba Aniołów”?
– O tym, o czym nie pamiętamy. Jesteśmy społeczeństwem w 90 proc. katolickim, a chyba nie do końca wierzymy w Boga, bo nie wierzymy w diabła. Diabeł może być bohaterem horroru albo zabawką medialną. Tymczasem diabeł – nośnik kary za złe życie, w naszej świadomości nie istnieje.
W spektaklu próbujemy zmierzyć się z tym tematem. Anioł to także diabeł. Ma dwa oblicza – jedno, do którego rodzice uczą nas się modlić „Aniele Boży, stróżu mój…”, drugie – anioła strąconego z niebios na ziemię za bunt. W spektaklu oba anioły występują. Szukaliśmy ich obecności w miejscach, które są dzisiaj najbardziej „przedeptane” przez Polaka i modne wśród polityków. Kiedy zbliżają się wybory, każdy mówi, że największą plagą dzisiejszych czasów jest bezrobocie i wszyscy obiecują, że to zmienią.
Więc szukamy diabła w urzędzie pracy. (…)

 

 

 

 

„Anioły o czarnych skrzydłach”

 

 

 

(Wiadomości Świętokrzyskie nr 7 (603), 13 lutego 2006 )

 

 

 

 

 

„Liczba Aniołów” to pytanie o to, na ile stać człowieka, ile może zdradzić z tego w co wierzy, żeby dostać prace i pieniądze. Przekaz aktorów dociera do widza na kilku płaszczyznach; artyści posługują się konwencjami malarskimi i ikonograficznymi oraz literackimi. W spektaklu wykorzystane zostałym.in. fragmenty Ewangelii św. Jana, „Fausta”Johana Wolfganga Goethe, „Procesu” Franza Kafki oraz wiersz „Siódmy anioł” Zbigniewa Herberta.

Najważniejsza jest w nim jednak fizyczność – mówi Tomasz A. Żak. – Zanim aktorzy zaczęli czytać teksty, ponad trzy miesiące pracowali nad ciałem i ruchami, bo najpierw musieli się stać tymi postaciami. Dopiero potem grani przez nich bohaterowie otrzymali życie.

„Liczba Aniołów” to swoista prowokacja widza, przełamywanie schematów, polemika z religijnymi uczuciami, inne podejście do egzystencji i rzeczy ostatecznych. Wmówiliśmy sobie, że Bóg jest tylko miłosierny i zapominamy o tym, że jest przede wszystkim sprawiedliwy, a sprawiedliwość niesie ze sobą karę – mówi reżyser. – Pokazaliśmy w spektaklu, że istnieje granica po przekroczeniu której nie ma już powrotu. Gra świateł, kilka sprzętów i przed e wszystkim gra trójki aktorów pokazuje największy grzech człowieka – pychę i to, jak bardzo potrafi być pociągające zło. Zadają też główne pytanie: „Jak wiele jesteś w stanie zrobić dla pracy?”, bo ona też jest bohaterem sztuki, która niszczy kolejno każdego z mężczyzn – oddają duszę i porzucają zasady, w które wierzyli, za pracę. Aktorzy pokazują jak we współczesnym świecie każdy z nas jest kuszony – promocjami, pieniędzmi i wizją kariery.

„Liczba Aniołów” wymaga maksymalnego skupienia i każdy przejaw zewnętrzności, który do niego przenika przeszkadza i rozprasza. Ktoś, kto jest odrobinę przygotowany na spotkanie z taka sztuką, da sobie z nią radę, zrozumie ją, a ktoś nieprzygotowany ucieknie i jeśli ma się

czego złapać, chwyta się światła wydobywającego się przez szparę w oknie albo głosu zza ściany.

(Marta Godlewska)

 

 

 

 

Jak to jest z tymi aniołami?

 

 

 

(Portal internetowy InTARnet, 14 marca 2010)

 

 

 

 

 

Świat zwariował teraz, czy zawsze taki był? – pytanie to zadałam sobie po obejrzeniu „Liczby Aniołów”. Spektakl bez akcji, właściwie bez fabuły. Na scenie trójka Krawców. A mogłaby być i trójka Lekarzy, Tramwajarzy czy Fryzjerów. Bo to opowieść o Dążeniu, które chorobą się staje. O Pogoni za czymś, czego nie potrafimy już nazwać, bo aby nazwać, trzeba usiąść i pomyśleć.

Nie siadać ! Nie myśleć!
Reżyser Tomasz A. Żak mówi, że jest to spektakl o opętaniu. Tutaj opętaniem jest praca. Mieć pracę, stracić pracę, szukać pracy, wyjechać do pracy , zaprzedać się pracy. Pracować! Tylko pracować! Nie wolno spocząć ! Bo życie straci sens!
A co by się stało, gdyby spoczęli? Gdyby wysiedli z tego pędzącego, obłędnego wehikułu? Co zrobiliby z „nic nie robieniem”? Czy potrafiliby nie pędzić, nie gonić, nie wyciskać potu ostatniego? I jak postrzegł i przyjął by ich świat? Nie! Nie zaryzykują ! Bo społeczeństwo złożone z takich jak oni odrzuci ich, odmieńcami nazwie. Pędzą więc i pędzić będą zawsze, do końca dni swoich.
(…) Teatr Nie Teraz nie ma, niestety, własnej siedziby. Tym razem gościny artystom użyczył tarnowski Dworzec Autobusowy. Szczerze mówiąc nie wyobrażałam sobie, jak na Dworcu teatr zaistnieje. Zaistniał!
Hala dworcowa, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, przemieniona została w przytulną salę teatralną. Niemożliwe? Możliwe, gdybym nie widziała też bym nie uwierzyła. Pomógł w tym, wzbudzający wśród tarnowian, wielkie emocje młody artysta Robert Kuta, skromniutko w programie odnotowany jako „współpraca plastyczna”. Scenografia prosta, funkcjonalna w bardzo dobrym guście, rodem z najlepszych teatrów. I mistrzowskie operowanie światłem.

I trzy kreacje aktorskie: Łukasz Gawlik, Jerzy Pal, Szymon Seremet. Nikomu w papiery zaglądać nie będę; wiem tylko, że Jurek Pal jest aktorem dyplomowanym. Wiem, bo byłam kiedyś z nim w jednym teatrze. Jest świetny, a pozostali dwaj panowie, ani na jotę mu nie ustępują. Całej trójce składam szczere gratulacje.
Ale rękę reżysera widać i sądzę, że do najlżejszych ta ręka nie należy. Tomasz A. Żak niemiłosiernie egzekwuje od aktorów swoje zamysły. Ze skutkiem znakomitym: spektakl ma tempo, pauza jest pauzą a nie dziurą. A całość od początku do końca przemyślana i doskonale zrobiona.
Przedstawienie ma też swoją „warstwę muzyczną” – towarzyszący mu bęben afrykański. Niezbyt wdzięczną i naprawdę trudną rolę ma Mirosław Poświatowski w ukryciu grający na tym bębnie. Bo bęben ten jest czwartym uczestnikiem spektaklu. Poświatowski naprawdę słucha akcji i jego bęben dialoguje, towarzyszy, współgra. Istnieje po prostu. Jest czwartym aktorem grającym w tym przedstawieniu.
„Liczba Aniołów” to piękny spektakl. Piękny, to nie znaczy, że łatwy. Zaprezentowałam Państwu moje odczucia, ale wiem, że każdy może w nim odnaleźć coś innego. Na tym też polega fenomen Sztuki.

 

(Ewa Czajkowska – Smożewska)