Po śladach tych, którzy przed nami. Zapiski z górskich podróży..

Data: 28 grudnia 2017

 

W trzeci grudniowy weekend znów wyruszyliśmy w góry! My, czyli adepci Teatru Nie Teraz wraz z opiekunami, w nieco bardziej kameralnym gronie, wróciliśmy w Beskid Sądecki. Nie zabrakło emocji, walki z samym sobą i tradycyjnie – długich rozmów i ożywionych dyskusji.

***

        Rozpoczęliśmy nasza przygodę w piątkowe popołudnie.  Jedna uczestniczka wyprawy po raz pierwszy zetknęła się wtedy z górami prawdziwymi, skąpanymi w śniegu, czekającymi zachłannie na tych, którzy je odwiedzają.  To niesamowite, że zaledwie dwie godziny jazdy pociągiem dzieliły nas od innego świata. Świata, w którym czas płynie jakby inaczej, gdzie odległości, które z perspektywy ciepłego domowego zacisza wydawałyby się nam nie do przejścia, zmniejszają się. Bo kto by pomyślał, że napis na tabliczce, mówiący, że zostało 12 kilometrów do celu, nie wywoła w nas zwątpienia, ale odwrotnie – napełni nadzieją, doda motywacji do przebycia drogi.  Wędrówka rozpoczęła się, gdy zapadał już zmrok; z każdą minutą oddalały się od nas światła Rytra migoczącego gdzieś w dole. Każdy krok zbliżał nas do chaty górskiej na Kordowcu. Im dłużej szliśmy, tym mocniej pod naszymi nogami skrzypiał utęskniony śnieg, temperatura spadała, zbliżała się noc. Mimo zimna po 30 minutach rozpięliśmy kurtki. W kompletnej ciszy wędrowaliśmy przez las. Ścieżka gdzieś nagle skręciła, byliśmy blisko celu, ale szlak się zgubił… Nagle z ciemności wyłoniła się postać mężczyzny, który donośnym głosem (abyśmy na pewno zrozumieli) wskazał nam kierunek wędrówki. Ciekawe doświadczenie, bo przecież noc, cisza, ciemno, a tu nagle takie zaskakujące spotkanie.  I pomoc zupełnie obcego człowieka. Bo przecież trzeba sobie pomagać. Na górze jest to oczywiste, niemalże naturalne, a na dole…?

        W chacie zastaliśmy rozweselone towarzystwo. Poczęstowano nas żurkiem, atmosfera wspaniała, zupełnie inna niż w dużych schroniskach, gdzie trzeba płacić za łyżeczkę cukru czy wrzątek (potwierdzone podczas drugiego noclegu). Dzielenie się jedzeniem „z ręki” było tam czymś naturalnym; zmywaliśmy tam naczynia po sobie, bo przecież w domu też tak robimy, bo tak trzeba, bo wypada pomóc gospodyni. W chacie górskiej czuć było taką ciepłą kameralną atmosferę. Góry zbliżają do siebie ludzi, nagle okazuje się, że mimo różnych zainteresowań, potrafimy znaleźć wspólne tematy, bo przecież łączą nas góry, przyszliśmy tu wszyscy o własnych siłach. Na koniec wieczoru, przy świetle świecy, w chacie Kordowiec, na prośbę gospodarza i jego „załogi”, ktoś z nas powiedział wiersz o Wyklętych. Zrobiło się cicho, zadumaliśmy się na chwilę. A potem była rozmowa pana inżyniera z naszym kolegą Kamilem o książkach fantasy  – tak odmienne  światy potrafiły się odnaleźć. Wspaniałe. Odpoczywaliśmy ze świadomością, że przed nami trudy dalszej podróży. Nikt nie wiedział, jak potoczy się droga, ale wiedzieliśmy, że damy radę. Będziemy musieli. Przecież nie można zostać na dole.

        Dzień drugi był długi. Idąc gęsiego przez śnieg, stawiając stopy dokładnie na śladach tego, który przed nami, pokonywaliśmy kilometr po kilometrze, z rozwagą i cierpliwością.   Po kilku godzinach wędrówki zmęczenie doskwiera każdemu coraz bardziej. Wkoło tak pięknie, a człowiek toczy walkę z samym sobą – dotrwam do celu czy się poddam, uda mi się czy górę weźmie zmęczenie, bunt, pragnienie wygody? Bo przecież jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że nam ciepło, miło, że nie trzeba wychylać nosa na mróz. A w górach w tym czasie odbywa się spektakl światła, przenikają się mróz i słońce, które próbuje ogrzać tych, którzy obserwują tę piękną przyrodę. Byliśmy świadkami tego spektaklu. Okazało się, że człowiek ma niespożytą wolę patrzenia na świat pozytywnie. W wysiłku i zmęczeniu pocieszaliśmy się że ,,za Niemcową jest Wielki Rogacz, od Wielkiego Rogacza blisko do Złomiastego Wierchu, a stamtąd już tylko Wielka Przechyba dzielić nas będzie od schroniska.”  Ale schronisko, do którego dotarliśmy, było zupełnie inne niż to, w którym spaliśmy noc wcześniej. Mimo, że nazwa przywodzi na myśl schronienie, spokój, być może nawet wcześniej wypomnianą domową atmosferę, rzeczywistość jest inna. Pokój dostaliśmy większy, cieplejszy, było wiele udogodnień, ale brak atmosfery, z którą spotkaliśmy się w chacie, nie pomagał… Po posiłku, rozmowie o tym, jak dawniej wyglądało wędrowanie po górach, tradycji i wierze, dzień dobiegł końca.

        W trzecim dniu naszej wyprawy, w niedzielę 17 grudnia, pozostał nam już, jak mówiliśmy z przekąsem, „spacer” do Rytra – już było ,,z górki”. Zatrzymaliśmy się na przepięknej polanie Koniecznej, z małą chatką – szałasem i wyrzeźbionym obok swego rodzaju totemem (?) Światowida. Schodząc doliną Roztoki weszliśmy na nową leśną drogę, obok której biegła stara, wąska droga, którą kiedyś jeździły wozy zaprzęgnięte w konie. Dolina spała, było mroźnie, ale nasze głowy i serca były szczęśliwe.

Podróż podsumowaliśmy podczas obiadu w Rytrze, któremu również towarzyszyły żarliwe dyskusje, odpowiedzi na nurtujące nas pytania. No i w końcu wsiedliśmy do pociągu – ,,do zobaczenia, góry”– pomyślałam.

***

Wróciliśmy do domów silniejsi i z mocnym postanowieniem, że będziemy spełniać swoje marzenia. Bo przecież zima, góry, a my daliśmy radę. A więc wszystko się da zrobić. I o tym opowiemy podczas Świąt.

 

                                                                                                           Aleksandra Dziąćko