Mozaiki z twarzy i miejsc. W stronę stolicy serca

Data: 10 czerwca 2014

Podróże przybierają kształty, które nosi w sobie ten, kto się w nie wybiera.

Widok małego przydomowego ogródka nie jest już prozaicznym obrazkiem, jeśli kojarzy się z domem babci, która jako szanowana gospodyni, rwała świeże zioła do obiadu i ozdabiała kwiatami białą taflę stołu. Do tego babcinego domu jechało się z rodzicami, na dzień, wakacje, później w odwiedziny, już samodzielnie, tak po dorosłemu. Ale to wspomnienie zyskuje na swej wartości dlatego, że kojarzy się z podróżowaniem, drogą, ruchem, odjazdem i powrotem. Odwiecznym rytmem, wedle którego starsze pokolenie przyjmuje na swoje nauki to młodsze, jeszcze rozbrykane, beztroskie, nieświadome tego, że dostaje pakiet potrzebny w najważniejszej podróży…. Podróży życia.

Chyba nie było trasy z TNT, w której nie zdarzyłoby się to ,,coś”, co pozwala ją zapamiętać, wyciągnąć wnioski, zweryfikować swoje emocje i poglądy.

Z teatralnego busa każdy wysiada w różnej kondycji fizycznej (Marcin najczęściej wyskakuje roześmiany wtedy, gdy na trasie spotyka kierowców, równie sprawnie poruszających się po szosach jak on sam – to nie jest ironia, nasz kierownik techniczny jest naprawdę świetny za kółkiem!) albo psychicznej (rozespana, ale zrelaksowana Ewa).

Pierwszemu spotkaniu z tymi, którzy nas zaprosili albo byli dobrymi duszami naszego przyjazdu towarzyszą silne emocje. Zapominają o tym, że oczy mówią więcej, a poważna mina, którą przywdziewają nie jest w stanie ukryć zdenerwowania. A przecież ,,wypada” się wstydzić, być onieśmielonym, zakłopotanym. To przecież pierwszy krok do tego, by się poznać, o niebo lepszy niż udawanie, że znamy się od dawna, podczas gdy kontakty ograniczone były do tej pory do krótkich, niech i nawet, serdecznych konwersacji…. telefonicznych. Najczęściej jednak, gdy mija napicie rozpoczyna się prawdziwa rozmowa. Wówczas to, rozpoczyna się wędrówka dużo ciekawsza. Kręte drogi wieczornych dyskusji prowadzą niekiedy do przeszłości mieszkańców wiosek gdzieś na południu Polski, albo urokliwych stron, z których pochodzą gospodarze. Rozmowy te, to zaproszenie do spacerów po zawiłej przeszłości rodzin czy społeczności żyjących w naszym kraju.

Dosłownie kilka dni temu kolejny raz zjawiliśmy się w Warszawie. Szczęście to prawdziwe, że mogliśmy zawitać w stolicy znów dzięki ludziom, których serce usiadło na dłoni i na dobre się na niej rozgościło. To dzięki nim było tak, że dziś chce mi się o tym pisać. Myślę jednak, że mimo podekscytowania, cały wyjazd podszyty był na poły niepewnością, na poły pośpiechem, strachem o kwestie techniczne, obawą o trasę, zespół, zmęczenie. Dlatego też, szare chmury, które zawisły w tamtym dniu nad miastem wcale nie kontrastowały tak bardzo z tym, co podskórnie każdy wyczuwał. Jakże inne byłyby obrazy, które utkwiły mi w pamięci, gdyby w dniu prezentacji ,,Dnia gniewu” Warszawa była słoneczna, ciepła, nie marzłyby dłonie Grześka, Wojtek zostawiłby ciepłą kurtkę w samochodzie… Na dachu Pasty, na który zabrała nas (mnie i Grześka) Magda, wiatr hulał w najlepsze, Warszawa cicho szemrała, gdzieś z tyłu głowy kołatała myśl, że zaraz trzeba się zmobilizować, że za kilka chwil zintensyfikuje się przygotowawczy gwar. Każdy zapomni o obiedzie w przytulnej knajpce, o księgarni wypełnionej po sufity dziełami wartymi nie tyle przeczytania, co połknięcia…

Nikogo tam nie znam, nic mnie z tym miastem nie łączy, a jednak powrót na jego ulice nie był przykry… Ta ciepła, kojąca nerwy atmosfera nie miałaby miejsca, gdyby nie Prezes Fundacji Polskiego Państwa Podziemnego, pani Anna Lewak. Niech mi będzie wybaczone, jeśli zanadto się rozpędzę i przekroczę granicę poufałości, ale czasami bywa i tak, że ktoś, kogo spotykamy raz na jakiś czas ,okazuje się bliższy sercu niż ci, z którymi pracuje się… chociażby od roku. Pani Anna to istny wulkan energii, dla której nie ma rzeczy niemożliwych! Spotkanie z Nią zawsze mi uświadamia, że trzeba działać, trzeba znaleźć w sobie energię… jest przecież tyle spraw, o których trzeba powiedzieć, których trzeba dotknąć. Mam nadzieje, pani Prezes zapomniała Ewie, Magdzie i mnie ten pasztecik, który zgotowałyśmy jej swego czasu…

Z podróży do Warszawy zapamiętam także głos i wąs pana Michała (cóż za trafne zestawienie imienia i charakteru, na wskroś sienkiewiczowskie!). Oj Sarmata prawdziwy z tego pana Michała, i pomoże, i gdy trzeba zachowa się po rycersku (co prawda, z mniejszym rozmachem niż TAŻ), i gdy można zręcznym rubasznym żarcikiem rozładuje nerwową atmosferę. Pozostanę mu wdzięczna za to, że oszczędził mi, zapewne arcyciekawej, opowieści o tym, co się razu pewnego zdarzyło w windzie. Wystarczyło mi jego zapewnienie, że nad podróżującymi za jej pomocą, czuwa Opatrzność. To chyba najlepsza gwarancja bezpieczeństwa.

Wspólnie z Ewą tworzymy małą mapkę kulinarnych perełek, którymi raczono nas w rożnych miastach i miasteczkach. Ah, do tej pory pamiętam smak solanki we Lwowie, albo tatara zjedzonego w Malborku, Ewa po dziś dzien wzdycha na wspomnienie o naleśnikach z łososiem… Podobnie do tego subiektywnego zestawienia smakowych rarytasów w mojej pamięci tworzy sie spis miejsc, w których nie tyle żołądek ma się dobrze, co serce otrzymuje potrzebną mu w podróży strawę. Takie małe stolice serca to dziś Kraków, Zakopane, Horyniec, Lwów, Bytom….

Jeszcze słów kilka na temat Marszu Pileckiego, w którym wzięliśmy czynny udział. Rzecz działa się w Krakowie, w ciepłe niedzielne popołudnie. Zbyt mało ludzi brało udział w tej istotnej uroczystości, jeśli porówna się do tłumów, które tego dnia odpoczywały w cieniu drzew zasadzonych w parku. Uroczystość w niczym nie przypominała często nadętych spotkań, na siłę lansowanych jako ,,patriotyczne”. Było podniośle, wzruszająco, byliśmy dumni z tego, że możemy wspominać takich ludzi, jak Pilecki. I gdyby rodzice więcej rozmawiali ze swoimi dziećmi o historii naszej Ojczyzny i jej bohaterach, nie byłoby wtedy głupich pytań i jeszcze głupszych odpowiedzi dorosłych, które usłyszałam, a stolica serca byłaby zawsze tam, gdzie serce….

10 czerwca 2014

Agnieszka Rodzik

dzien gniewu pasta