Mozaiki z twarzy i miejsc. W poszukiwaniu samotności, która ubogaca

Data: 21 lipca 2015

Podróż w Bieszczady za każdym razem sprawia, że później przez kilka kolejnych dni powoli dochodzę do siebie. Będąc tam, wśród drzew i połonin można nabrać dystansu do naszego małego miastowego świata, jego zgiełku, chaosu codziennych spraw, w którym nietrudno zgubić ścieżkę do celu. Ważne jednak jest to, aby umieć znaleźć miejsca, które ukołyszą nerwy i ukoją serce. Z perspektywy miasta, czasem ze spuszczonym wzrokiem wyjeżdżamy w Bieszczady. Ale nie o miejsca tu chodzi, lecz o nas samych, o to, co jest w nas i czego szukamy. Można uciekać bojąc się powrotu, ale można też podróżować do krainy połonin w poszukiwaniu samego siebie, po to, by odnaleźć zapomniane albo zgubione gdzieś ścieżki, które poprowadzą do celu…

11705152_1124727207542613_4364276709037530843_n

Nie jest to rzeczą zaskakującą, że lipcową trasę spędziliśmy na Podkarpaciu. Jest to przecież czas, w którym nasza pamięć szczególnie wraca do tragedii Kresów. Zniszczeniu uległ wtedy świat, który ukształtował naszą, Polaków wrażliwość. 11 lipca 1943 roku doszło do kulminacji ludobójstwa dokonanego przez UPA na Polakach zamieszkujących Wołyń. Nasza ,,Ballada…” do dziś, a minęło już 72 lata od tych wydarzeń, jest jedynym spektaklem w Polsce, który opowiada o zagładzie świata, który przez wieki był swoistym kulturowym i polityczne centrum Rzeczpospolitej. Właśnie w lipcu wiele polskich miast decyduje się na marsze pamięci, dyskusje, spotkania ze świadkami pamięci, historykami. Szkoda, że organizacja tychże uroczystości często odbywa się w cieniu rozgrywek politycznych, sympatii i antypatii różnych środowisk społecznych.

Przemyskie obchody Dnia Pamięci Męczeństwa Kresowian, który wciąż nie może doczekać się oficjalnego ustanowienia, pokazały jak ważne jest zjednoczenie sił w walce o pamięć pomordowanych na Wołyniu, Podolu, Galicji Wschodniej. Ciężar organizacji Marszu Milczenia, który przeszedł w ubiegłą sobotę ulicami Przemyśla wzięła na siebie Młodzież Wszechpolska oraz Narodowcy. Patronat nad całym wydarzeniem objęły władze miasta. W pochodzie, który zaraz po Mszy Świętej przeszedł ulicami starego miasta udział wzięli młodzi i starzy, sympatyzujący z grupami narodowymi oraz ci nieco bardziej sceptyczni. Wszystkich połączyła pamięć o zagładzie Kresów tęsknota za ich pięknem. Owej tęsknoty posmakowałam intensywnie gdy po nocnej wędrówce na Halicz stanęliśmy na jego szczycie. Na zachodzie oglądaliśmy nasze polskie bieszczadzkie szczyty, Tarnicę, Połoninę Caryńską, Wetlińską i wiele innych, których nazwy zna chyba tylko Tomasz Żak – wszak nocował nie raz u ich podnóża. Na wschodzie zaś rozciągała się wspaniała, rozległa dolina; dal przyciągająca wzrok swoim imponującym pięknem, gdzieś migały światełka, poranne mgły powoli podnosiły się znad lasów i połonin, wiatr kołysał trawami. Gęste chmury nie pozwoliły nam jednak obejrzeć wschodu słońca, dla którego wyszliśmy tak wcześnie w Bieszczady. Pomyśleć, że te wspaniałe obszary aż po horyzont to kiedyś Polska, a dziś Polska nie w granicach naszego kraju ale w sercu i w tej tęsknocie właśnie.

Nie wiem jak drogę przeżyli moi współtowarzysze, wypatrywałam w ich oczach zmęczenia ale nie odnalazłam go. Może go ukryli, może nie odczuli w ogóle. Bo w górach tak chyba właśnie jest- idziemy w grupie, ale każdy na swój sposób przeżywa te chwile, po swojemu znosi drogę, rejestruje obrazy i zamienia je w zachwyty. Tak jak powiedziała Inka Wieczeńska ,,Idziemy we dwie na zdjęcia, ale te same miejsca fotografujemy w innym czasie, w innym świetle, na innej ostrości”. I tak jest chyba w górach, ich majestat pomaga wsłuchać się w to co my sami odczuwamy, skłania do tego, by zamknąć się na chwilę w sobie i posłuchać. Ta samotność bieszczadzkich przestrzeni dobrze działa na duszę.

Ten wyjazd obfitował także w spotkania z szalenie interesującymi ludźmi. Zaproszeni na wino do Mirosława Majkowskiego zostaliśmy przez gospodarza uraczeni nie tylko strawą dla ciała lecz i dla ducha. Widok z Mirkowego domku, stojącego na szczycie podprzemyskich okolic jest imponujący. Jak sam gospodarz podkreśla do niego należą wschody i zachody słońca, do niego należy widok dzikiej zwierzyny podchodzącej pod zabudowania, jego własnością są obrazy, jakich dostarcza parujący nad ranem San. Wspaniale, że zechciał się podzielić się tym lipcowym zachodem słońca, który obejrzeliśmy u niego i będzie on odtąd, Mirku także trochę mój, bo zachłannie go rejestrowałam i zapamiętałam. I ten rumianek zapamiętam rosnący przed domem, jakiś taki niepokorny, pozwijany i powyginany przez wiatr. Któż jeszcze sadzi tak rumianek? A przecież jest piękny. I jakże różny od trochę sztucznie sterczących na niektórych ogródkach tuje czy inne iglaki nie wymagające częstych spojrzeń i przycinek wykonanych sprawną ręką ogrodnika.

Spotkanie u Mirka Majkowskiego zaowocowało także poznaniem Andrzeja Zapałowskiego z rodziną oraz z państwem Dachnowicz. Jakież inspirujące potrafią być rozmowy z ludźmi, którzy myślą i czują podobnie, dla których ważne są wartości, którymi i my się kierujemy. Co mnie zachwyciło i zaimponowało to miłość do ziemi, na której żyją ci, o których piszę. Wykup ziem, które mogłyby być ugorami ale nie są, koszone przez troskliwego gospodarza to chyba najlepsza inwestycja na przyszłość. I ta wspaniała kolekcja nalewek (z tarniny, ze śliwek, z pędów sosnowych), która kolekcją tak właściwie nie jest, bo przeznaczona została przede wszystkim do degustacji. Iście obfity obiad, na jaki zaprosili nas gospodarze był pretekstem do rozmów ważnych i rozważań towarzyskich. Jedno ze zdań wypowiedzianych przez Andrzeja Zapałowskiego szczególnie utkwiło mi w pamięci. Gospodarz zagajony o kwestie polsko-ukraińską powiedział iż ludzie mieszkający na wschodzie naszej Ojczyzny to wolny lud Kresowy. Dzisiaj, gdy na Ukrainie gorąco, wielu polityków przekonuje, że powinniśmy się zbratać i zmobilizować wspólne siły. I zapomnieć o bolesnej historii. W moim przekonaniu byłoby to zaprzeczeniem wolności, wyrzeknięciem się prawdy o sobie i swoim kraju. Prawdziwa wolność to pamiętanie i działanie zgodnie z własnym sumieniem. Jakże to różne od tego, co próbują nam wtłoczyć do głów zwolennicy pacyfizmu, według których trzeba omijać bolesne tematy i dążyć do zgody ponad podziałami.. Sęk w tym, że trzeba otwarcie przyznać się do win. Wtedy jest mowa o jakimkolwiek dialogu.

W ogóle to wszędzie gdzie udaliśmy się podczas naszego bieszczadzkiego wyjazdu docieraliśmy do miejsc i ludzi wolnych i nie bojących się samotności. Samotność w Bieszczadach, samotność w dużym mieście czy małej wiosce ubogaca. Pozwala dotrzeć do prawdy. O ile prawda jest w nas samych.

 

Agnieszka Rodzik