Mozaiki z twarzy i miejsc. 12 kwietnia 2014

Data: 15 kwietnia 2014

Mozaiki z twarzy i miejsc, czyli podróże z Teatrem Nie Teraz w zapisach subiektywnych

Marzec zakończyliśmy z przytupem. W Lubaczowie pierwszy raz została zaprezentowana ,,Ballada o Wołyniu”, w Rzeszowie, na Zamku, w którym niegdyś mieściła się katownia ubecka, zaistnieli wreszcie, po wielu staraniach,, Wyklęci”. I te wszystkie wspomnienia zostaną w nas. Ale dzisiaj napiszę o znikaniu. Jest to, jak pokazuje rzeczywistość, nieodłączny element wyjazdów Teatru Nie Teraz, niezależnie od tego, czy udajemy się do Malborka, Lwowa czy Lubaczowa. O co więc chodzi z tym znikaniem? Cóż, myślę, że niejedną mozaikę można by poświęcić temu tematowi. Ograniczę się jednak do refleksji z naszej podkarpackiej trasy, która przyniosła wiele odpowiedzi i jak zawsze, masę nowych pytań…

W kuluarach TNT mówiło się czasami o tym, że aktorzy tuż przed spektaklem znikają, ale jeszcze nikt nie opowiedział o tej sprawie na serio. Ba! Żeby to tylko o aktorów chodziło… okazuje się jednak, że nawet rekwizyty, ubrania czy maskotki przytulają się gdzieś do zakurzonych kątów w salach, w których gramy i tak już zostają. Później trzeba po nie wracać, telefonować z prośbą o odnalezienie (aparat Szefa), albo liczyć, że jakimś cudem wrócą. Inaczej jest z aktorami… oni niczym koty (przepraszam za sformułowanie koleżankę, która nie darzy sympatią tych wąsatych stworzeń) wędrują własnymi ścieżkami. I tak jest na co dzień, ale przed spektaklem ten proceder nabiera zupełnie innego wymiaru.

Najczęściej znika Karol. Oto przygotowujemy się do próby śpiewanej na Zamku. Widzowie już się schodzą, wszyscy ubrani, każdy skupiony i gotowy do wydania z siebie słowiczych dźwięków, a tu nagle pada pytanie…. ,, gdzie właściwie jest Karol?”. Albo inna sytuacja. Dyrektor TNT chce przed rozpoczęciem prezentacji udzielić swojemu zespołowi kilku dodatkowych uwag i uścisnąć ręce. Wszystko już prawie dopięte na ostatni guzik, ale. ,,przecież nie ma Zapały…”. Gdzie w tym czasie podziewa się Karol, nie wiem… Myślę, że niektóre tajemnice mają to do siebie, że słodko smakują wówczas, gdy pozostają nierozwikłane…

Z Przemkiem to zupełnie inna historia. On najspokojniej na świecie przed wyjściem na scenę przemierza korytarze (na Zamku było ich naprawdę sporo!) w poszukiwaniu zacisznego miejsca na ,,dymka”. Niby nic dziwnego, ale gdyby ktoś widział minę kolegi Sejmickiego, gdy chciał zapalić na dziedzińcu Aresztu Śledczego we Warszawie, w którym miała miejsce premiera ,,Wyklętych”, zrozumiałby o czym piszę. Przemek był eskortowany do miejsca docelowego, a później bezpiecznie odstawiany z powrotem przez jednego strażnika. Nic to rewizje, nic to czas tracony na całą operację!

Ostatnio zaginęła też także sukienka Ewy… W ogóle wyprawa do Lubaczowa przejdzie chyba do historii TNT. Na każdym kroku towarzyszyły nam niespodzianki. Zainicjował je Tomasz Żak obwieszczając swojemu zespołowi zawiły, dopracowany do każdej minuty i najmniejszego kroku, plan działania (w Lubaczowie spędziliśmy prawie dwa dni!). Mapa miejsc powiększyła się o widok cerkwi, obejrzanych, albo lepiej rzecz nazywając, odnalezionych między polami, lasami, po których szalał przygraniczny wiatr. Szalenie to interesujące. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu, te małe cerkiewki, perły architektury, żyły swoim życiem. Były świadkami historii zwyczajnych ludzi, miejscem, gdzie brali chrzest, ślub, gdzie odbywała się msza żałobna za ich duszę. A dziś, tylko stoją, niszczeją, mają powybijane szyby i pomazane belki. Urzędują w nich, co najwyżej drobne leśne zwierzęta i motyle, które odnalazłyśmy na podłodze. Bardzo przykre te widoki. I tak naprawdę, niewiadomo co dalej… Zburzyć, ratować, odnawiać? Które wybrać? I tak mnożą się pytania, czas robi swoje a las zaczyna upominać się o zabrane niegdyś przestrzenie.

Na uwagę i wspomnienie zasługuje także kapliczka przy pięciu sosnach. Malutki drewniany domek, pełen sztucznych kwiatów, świętych obrazków, różańców i figurek to miejsce pielgrzymek nie tylko mieszkańców powiatu lubaczowskiego. Zwyczajny szkolny zeszyt w kratkę, na stoliku znajdującym się wewnątrz skrywa prośby i modlitwy odwiedzających to miejsce, w którym objawiał się Matka Boża. Czysta, płynąca z niewinnego serca ufność dziecka, które swoją Matkę prosi o wsparcie, opiekę, o bardziej lub mniej istotne rzeczy konieczne do dobrego życia. Każdy z nas podszedł i napisał kilka słów. To takie łatwe, prosić. A co robimy, by pomóc tym prośbą? Ile takich miejsc znam i odwiedzam w swojej okolicy… czy ktoś jeszcze o nich pamięta?

Zaskoczyły mnie dźwięki Lubaczowa. Właściwie, to nie powinnam wiele o tym pisać, lecz oddać głos (pióro) Magdzie. Porównując jej sytuacje z moją… nie mogę narzekać. Obok hotelu, w którym ugoszczono nas w Lubaczowie było drzewo, które zamieszkiwały, jak przypuszczam, hordy gawronów i wron . Krakanie niosło się po centrum Lubaczowa, odbijało od kamienic i bruku, a potem najzwyczajniej w świecie docierało do pokojów. Dźwięki wydawane przez lubaczowskich ,,śpiewaków” słychać było rano, w południe, wieczorem a nawet w nocy. Na trele słowicze o poranku pisze się od zaraz. Tym bardziej, że byłaby to miła alternatywa dla warkotu samochodów, który słychać z mojego rzeszowskiego pokoiku. Ale dźwięki wydawane przez takie ptaszyska…. Za to podziękuję. Chociaż, jak już wspomniałam, nie mam prawa narzekać. Moje łóżko stało dostatecznie daleko od okna. Niektórzy, naprawdę mięli gorzej.

Magda zgubiła w Lubaczowie trochę cennego czasu, który planowała przeznaczyć na sen. Jak się okazało, tamtejsza młodzież to krewcy ludzie, dla których nie jest przeszkodą przenieść dyskotekę z lokalu na pobliski plac zabaw. A jakże! Co tam sen, co tam goście, co tam mieszkańcy Lubaczowa! Dla niektórych zabawa podczas Wielkiego Postu smakuje najlepiej. I nic to, że dyskoteka przerodziła się później w ring bokserki. Podobno, nie ma co liczyć na przyjazd służb porządkowych, podobno policja nie zapuszcza się na tamte tereny… Podobno. W każdym razie szacunek dla portiera hotelu, w którym nocowaliśmy. Cierpliwości u Niego pod dostatkiem. Zgubiony czas koleżanka odnalazła w garderobie na Zamku. Pomogła w tym zapewne, wymagająca logicznego myślenia gra wodna, w której nałóg wpadł także Przemek. Mała rzecz a cieszy! A i jeszcze stracony czas przywraca.

O pozostałych zniknięciach opowiem innym razem. Zaręczam jednak, że każdy ma w tej kwestii coś na sumieniu. Właściwie nie ma się co dziwić. Czasami podczas tych wyjazdów doświadczamy tak wiele, że potem i ja szukam jakiegoś ciepłego kąta, samotnej ścieżki, pustego krzesełka za kurtyną i przeżywam to raz jeszcze na nowo, zapisuję w pamięci… A wtedy przychodzi pora by się na nowo odnaleźć. Jak to dobrze, że nie wszystkie wspomnienia znikają. Jak to dobrze, że niektóre dają się oswoić i trwają, i tworzą później te historie…

Agnieszka Rodzik

zdjęcie 1zdjęcie 2zdjęcie 3