List prawie wiosenny

Data: 17 marca 2014

Lisia Góra 15 marca 2014.

Szanowni Państwo!
Drodzy Przyjaciele!

Historia – jak widzimy – nigdy się nie kończy. I nie jest to li tylko aluzja do Ukrainy. Nie jest to również nawiązanie do kolejnych wyborczych zawodów… Właśnie – „zawodów”. Dwa ze znaczeń tego słowo jakoś dosadnie opisują to, czym społeczności tzw. demokratyczne są doświadczane co pewien czas. Po pierwsze, co sam miałem na myśli, mamy kontekst jakiegoś meczu, jakichś igrzysk, którymi karmi się lud. Po drugie, żyjemy w stanie nieustannego zawodu, co do naszych „wybrańców” i co do ich przedwyborczych obietnic. Ot, i znów polityka, której nie wygonisz za próg, choćbyś bardzo chciał. I nie ma teatru bez polityki, choćby się ktoś zarzekał, że to, co robi, to tylko forma.

19 września ub. roku Portal Kulturalny MAGAZYN przeprowadził ze mną wywiad na temat działalności Teatru Nie Teraz. Jedno z pytań dotyczyło właśnie polityki w teatrze, a konkretnie tego, czy TNT jest teatrem politycznym. Odpowiadając, nawiązałem do naszej „Ballady o Wołyniu”:

(…)politycy dzisiaj robią nam tylko „prezent”, nie chcąc w Sejmie nazwać tamtych wydarzeń ludobójstwem, choć ludobójstwem one były. Tak m.in. upolitycznia się sztuka, a naszą „Balladę…” obejrzało już ponad 5 tys. widzów. I tak propozycja artystyczna, dotykając przemilczanego dziesięcioleciami i wciąż zakłamywanego tematu, staje się teatrem politycznym. A tak w ogóle, to w świecie tak spolaryzowanym i na tej szerokości geograficznej, trudno o sztukę, która jest niepolityczna. A szczególnie, kiedy władza, finansując tych, a nie innych artystów, te, a nie inne projekty artystyczne, sama upolitycznia sztukę. I tak jest odkąd pamiętam. 

Przypominam ten wywiad ( http://www.mgzn.pl/artykul/1035/zapotrzebowanie-na-polske), bo jego konkluzja, skądinąd bardzo celnie wyłowiona przez dziennikarkę, definiuje się już w tytule rozmowy: „Zapotrzebowanie na Polskę”. Tak, dokładnie tak to widzę – potrzebujemy Polski!

Nasze teatralne podróżowanie po kraju za każdym razem potwierdza coraz dobitniej ten już paradygmat: potrzebujemy tutaj prawdziwej Polski, naszej Ojczyzny, z jej dającymi siłę atrybutami, regaliami i z jej wszystkimi – jakby powiedział Mistrz Rymkiewicz – trupami! O żadnym nie można zapomnieć, bo nie ma takiej politycznej taktyki, owej „mądrości etapu”, która miałby nam kazać się wyrzec pamięci o Kresach czy o mordowanych strzałem w tył głowy.

I tutaj chyba jest miejsce na jeszcze inną refleksję. Koniec 2013 roku przyniósł znany wszystkim protest w Narodowym Starym Teatrze w Krakowie. Protest przeciwko „obrzydliwości”, jak bardzo trafnie nazwał to, co dzieje się na scenach polskich teatrów, dwumiesięcznik Polonia Christiana. Miałem okazję wziąć udział w dwóch spotkaniach tego tematu dotyczących, organizowanych przez to środowisko – w Krakowie i w Poznaniu. Nasze, jak najbardziej słuszne oburzenie degenerowaniem przestrzeni publicznej i zamienianiem sztuki w indoktrynacyjny rynsztok, to jednak za mało. Albo inaczej: nie tędy droga. Bo „oni” robią swoje, „mają gdzieś” nasze protesty, którymi ich janczarowie tylko się karmią. Opisywanie zła mamy przećwiczone do bólu. Opisy zła nie mieszczą się już na półkach naszych bibliotek i na dyskach naszych komputerów. A gdzie jest dobro?

Drodzy Przyjaciele nie wystarczy werbalne przywoływanie bohaterów przeszłości, wieszczów oraz świętych mężów, którzy zginęli za Ojczyznę. Przepraszam, ale w praktyce, to tylko akademijna „mowa-trawa”. W praktyce tracimy kontakt z ludźmi młodymi, którzy tak Polsce są potrzebni, a sami się tylko frustrujemy naszą bezsilnością. Opisujmy dobro i róbmy dobro – to jest wedle mnie najlepsza recepta na sukces. „Jest tyle sił w narodzie, jest tyle tyle ludzi; niechże w nie duch twój wstąpi i śpiące niech pobudzi” – to Wyspiański, w „Wyzwoleniu”. I oczywiście autor odsyła nas tutaj przy okazji do jedynej właściwej instancji – do Pana Boga.

Opisywanie dobra to opowiadanie o nas. O naszych wcale nie takich małych „pracach”. Widzę to wszędzie, gdzie zdarza się nam prezentować spektakle TNT. I w Birczy, i w Wschowie, i w Malborku, i w Kobierzycach. Ale też w Stalowej Woli, Gromniku czy Głubczycach. Po tej i po tamtej stronie mapy; blisko Bugu i blisko Odry, pod Tatrami i nad morzem. Tego polskiego pejzażu nikt jakoś nie opisuje, a tutaj właśnie bija źródła polskości. A ponadto – jeżeli „oni” nas w twarz „ich” teatrem, to my im w odpowiedzi nasz teatr. Że niby się reklamuję? Tak, to prawda, choć nie tylko o TNT tutaj chodzi. Ale robiąc to, nie mam cienia wątpliwości. Wiem, że w sztuce jesteśmy takim żołnierzami do wynajęcia. I nie tyle mamy bronić murów naszych miast, bo te już straciliśmy (bądźmy realistami – „nie sciemniajmy”). My mamy te stracone mury odwojowywać. Po to jesteśmy!

Przed TNT w najbliższym czasie dwa niezwykłe przedsięwzięcia. Czas marcowego wspominania Żołnierzy Wyklętych domkniemy prezentacją naszego spektaklu na Zamku w Rzeszowie. Od ponad roku zabiegaliśmy o możliwość pokazania „Wyklętych” tam właśnie. Wiąże się to z moim projektem prezentowania tego przedstawienia w miejscach, które są związane z pamięcią żołnierzy podziemia niepodległościowego po II wojnie światowej. Jak Państwo pamiętacie, premiera „Wyklętych” odbyła się w osławionym wiezieniu na Rakowieckiej w Warszawie. Wszystkie tamte nasze emocje były jeszcze przed „Łączką” i ekshumacjami, które imiennie wracają nam dzisiaj naszych Bohaterów. Takie teatralne dotykanie miejsc przez Nich dotkniętych może być czymś bardzo ważnym. Niestety, wciąż nie mamy w tej sprawie żadnego konkretnego wsparcia.

Ale wróćmy na Zamek, gdzie wspólnie z rzeszowskim oddziałem IPN zapraszamy 23 marca na godz. 18,00. Istniejące tutaj od czasów zaboru austriackiego więzienie, w okresie wojny i okupacji niemieckiej stało się miejscem kaźni dla tysięcy Polaków. Rozstrzeliwania były dokonywane na placu zamkowym. Oprócz tego więźniów mordowano w podziemiach Zamku. Po wojnie Zamek przejęło NKWD i UB. Tortury i egzekucje dotyczyły niemal tych samych ludzi, co do 1944 roku, choć kwalifikacja była inna – teraz zwalczano bandy antykomunistyczne. Zaraz po wkroczeniu do Rzeszowa NKWD przetrzymywało i torturowało tutaj ponad 400 żołnierzy AK. W nocy z 7 na 8 października ppłk. Łukasz Ciepliński „Pług” dowodził próbą odbicia więźniów Zamku. Cieplińskiego zabito na Rakowieckiej 1 marca 1951 r. wraz z grupą sześciu członków IV Zarządu Głównego WiN i z datą tą wiąże się ustanowienie święta Żołnierzy Wyklętych. Na Zamku mordowano do końca lat 40-tych. Odbywało się to przez rozstrzelanie w piwnicach albo na dziedzińcu przez powieszenie. W latach 1944 – 1956 przez tę katownię przeszło ponad 30 tys. ludzi.

Trzy dni przed Rzeszowem – 23 marca, nasza „Ballada o Wołyniu” dotrze niemal na granicę z Ukrainą – do miasta Lubaczów. Systematycznie odwiedzamy miejscowości na tzw. ścianie wschodniej. I okazuje się, co raczej nie jest szerzej znane, że cały ten pas województw lubelskiego i podkarpackiego jest usiany krzyżami ofiar mordów banderowskich i upowskich. „Wołyń” stał się po latach hasłem oczywistym, choć wciąż trwają próby zakłamania historii i wspomnianej brudnej politycznej gry tym tematem. A wojenna i powojenna historia Lubaczowa i jego okolic są kolejnym dowodem na jednoznaczność ludobójczej i eksterminacyjnej działalności ukraińskich nacjonalistów. Ogółem w latach 1944 – 1947 z rąk OUN-UPA zginęło w powiecie lubaczowskim ponad 3500 osób, z czego dokładnie ustalono okoliczności śmierci w przypadku 1621 ofiar. Na cmentarzu komunalnym w Lubaczowie znajduje się 12 mogił zbiorowych i 6 pojedynczy, w których spoczywa 100 żołnierzy poległych w walkach z banderowcami. Żołnierze ci bronili miasta przed atakami setni upowskich, szczególnie w latach 1944 – 45. Doszło nawet do jednoznacznych żądań terytorialnych ze strony ukraińskiej, kiedy to w nocy z 24/25 kwietnia 1944 r. ukazały się w Lubaczowie ulotki wzywające Polaków do opuszczenia miasta do dnia 28 kwietnia do północy.

Tak, wychodzi na to – i nie raz już to słyszałem, że prezentowanie naszych spektakli w takich miejscach i jeszcze w takim czasie, to nieodpowiedzialność. Czy mówienie prawda może być traktowane, jako działanie nieodpowiedzialne? Czy „robienie” teatru, któremu zależy na Polsce jest czymś nieodpowiedzialnym?

W każdym bądź razie zapraszam i do Lubaczowa (tam o 17,00 w Miejskim Domu Kultury) i na Zamek do Rzeszowa i wszędzie tam, gdzie Teatr Nie Teraz dotrze. A docieramy w dużej mierze dzięki Państwa aktywności i determinacji. Dziękuję za to i… proszę o jeszcze.

Tomasz A. Żak