LIST BIESZCZADZKI

Data: 25 września 2015

Lisia Góra, 25 września 2015

 

Szanowni Państwo!
Drodzy Przyjaciele!

 

Jak zawsze będę pisał o Teatrze Nie Teraz, choć tym razem mój zespół będzie raczej podmiotem lirycznym tego listu do Was. Dokładnie tak, jak Wojtek Belon w spektaklu, który Opatrzność pozwoliła mi zrobić w Teatrze im. Wandy Siemaszkowej w Rzeszowie.

11412364_1588361368078604_4844758390557702392_n

Od początku sprawa była dla mnie jasna,oczywista – pisany przeze mnie dramat „Wyżej niż połonina”(swoją drogą, tak naprawdę, pierwszy w moim literackim życiorysie)miał opowiedzieć o tym, co najpiękniej wyraził Jerzy Harasymowicz w wierszu, zaczynającym się od tej słynnej frazy: „W górach jest wszystko, co kocham”. Tę moja pracę zamówiła w ubiegłym roku rzeszowska scena dramatyczna, a konkretnie jej szef, Jan Nowara,jednocześnie powierzając mi reżyserię spektaklu, który miał być tegoż sceniczną ilustracją.

O górach opowiadać chce mi się zawsze.Więcej – one są dla mnie, dla naszego teatru przestrzenią poniekąd warsztatową i mistyczną zarazem. Od samego początku, od„raczkowanie” TNT wyjeżdżaliśmy w góry, w góry zabierałem kolejne składy zespołu i tam hartowało się to, co w dużej mierze nas dzisiaj charakteryzuje. Zapytacie – Czyli co? Odpowiem – Prawda i wolność. I oczywiście w tej prawdzie górskiego pejzażu nie chodzi o (tfu!) ekologię spod znaku terroryzmu tzw. zielonych, ani o wolność (ech!) łikendowych turystów. W górach powstawały nawet nasze spektakle. Dosłownie. Na przekład „Piano” rodziło się na polanach Spisza, gdzieś za Kacwinem. Bieszczady również były i to od początku w naszym rozkładzie jazdy. A PKP wtedy w swoim rozkładzie miało jeszcze połączenia do Nowego Łupkowa, gdzie przesiadaliśmy na wąskotorówkę i jechało się aż do Cisnej. A kiedy, co się zdarzało, na połączenie nie zdążyliśmy, to wtedy Cisną trzeba było zaliczać dziurawym asfaltem „z buta”. Były Gorce, były Pieniny, cały Beskid schodzony w tę i z powrotem, no i były honorne Tatry o każdej porze roku, z noclegami w kolibach i w tym szałasie na ulubionej Dudowej Polanie.

Tak, Tatry mają swoją legendę. Mają jej kreatorów i piewców. Uginają się półki bibliotek pod ciężarem dzieł Tatrom poświęconych. Te jedyna nasze góry skaliste mają nawet swój teatr. A Bieszczady? Czy moja ostatnia praca wypełnia jakąś „dziurę”? Gdy chodzi o dramat, o teatr –na pewno. A co z legendą? Ta, nawet w dzień straszy biesami i wilczym skowytem, którego echo niesie się daleko po wodach Soliny.Żadne inne góry nie pachną tak ludzką krwią, a tutaj taki zapach ma nawet alkohol. I nijak nie udaje się w owej gorzale utopić życiorysów tych, których mordowali upowcy, ścigali ubecy,wypędzali żołnierze KBW. Ani literacki mit „zakapiorów”, ani peerelowski „romantyzm bieszczadników”, ani – tym bardziej –posthipisowska subkultura „leśnych ludzi” nie mówią nam prawdy o Bieszczadzie. Tym bardziej, że konstrukcja każdej z tych narracji wyklucza ich wzajemną symbiozę, choć ta byłaby już tej prawdy bliższa.

W zasadzie od początku wiedziałem, że ta opowieść wyklucza przy pracy nad inscenizacją metody stosowane w teatrach instytucjonalnych. Żadne tam próby stolikowe; żadne papierowe koncepcje postaci wykoncypowane na miejskich brukach i przy kawiarnianych stolikach. Aktorzy potrzebowali powietrza,bieszczadzkiego tlenu, aby zrozumieć i poczuć. No i zabrałem ich w góry, trochę tak, jak to zwykłem robić w świecie mojego rodzimego off-u, w sposób tożsamy teatralnej alternatywie. Nim dotknęli sali prób, nim dostali do ręki egzemplarz scenariusza, to najpierw zobaczyli ośnieżone połoniny, przemoczyli buty i prześmierdli dymem na wypale. Wymieniam tak przykładowo i trochę symbolicznie, choć wszystko to było i jeszcze więcej. A więcej,to przede wszystkim poznawanie ludzi, ludzi stamtąd. I pomimo wyczuwalnych wątpliwości części zespołu, pomimo ich dystansu do takiej formuły pracy, wszystko to sprawdziło się doskonale, a efekt, czyli nasz spektakl nie tylko broni przed każda publicznością swego bieszczadzkiego, wziętego z połonin nazwania, ale też podtytułu – „Saga w VI aktach”, odsyłającego do sześciu życiorysów, sześciu postaci tego dramatu.

Myślę, wiem, że to cudowne uczucie„wchodzenia” teatru w ludzi, w widzów, jest spowodowane nie tyle jego lokalnymi kontekstami, co uniwersalnością tej opowieści. Może to niektórych nawet zaskoczy, ale „Wyżej niż połonina” nie tyle opowiada o Bieszczadach, co w ogóle o górach i w ogóle o człowieku. A góry to po prostu „dekoracja”. A te góry to„dekoracja” rozpoznana, przeżyta i przemyślana. I nawet dotknięta niespodziewaną śmiercią jednego z nas – naszego scenografa. Dlatego tak prawdziwa w swej spektaklowej odsłonie.

We wstępie do folderu spektaklowego zanotowałem takie słowa: „Najprościej będzie napisać, że chodzi o góry. Że są „ponad czasem”, że są „ponad dobrem i złem”, że „stąd najbliżej do Pana Boga”, że to prawdziwe„wolności ołtarze”… Czyli trzeba opowiedzieć o wolności. O tym, że i ona, jak góry, szczególnie te góry biesem poranione, ma wiele twarzy. Dla kogoś wystarczy, że zejdzie ze szlaku i już„jest wolny”. Inny zbuduje szałas z widokiem na Caryńską. Dla wielu, którzy góry te zwą Bieszczadem, dla nich wszystkich to był azyl, strefa bezpieczna od wścibstwa władzy. Dla wielu, którzy tutaj postanowili się spotkać z nowym sobą, wolność jawiła się,jako uciekanie od życia w dolinach, od życia, które dusi. Dla niektórych te zastygłe tektoniczne fale trawą i buczyną porośnięte, to nic innego, jak metafora natchnienia, które pozwala tworzyć i kochać – w tworzeniu być wolnym”.

Pewnie podobnie można byłoby moich bohaterów zobaczyć gdzieś na Półwyspie Helskim, może gdzieś w lasach nad Narwią, albo jeszcze dalej, np. w Kornwalii czy koło Dubrownika. Wszędzie jest pięknie, gdy człowiek w środku bywa piękny. Ale, cytując siebie jeszcze raz, „to piękno, zupełnie niespodziewanie dla jego wyznawców, potrafi zabić i – jakby przy okazji – odbiera całą wolność. Ludziom tutaj twardnieją dłonie od ciężkiej roboty. A robić trzeba, aby żyć, aby w ogóle przeżyć. I bywa, że wtedy kamienieją serca. Ze zdradą pije się bruderszaft przed południem, „na kaca”, a potem chla się do rana z szatanem. Czymś przecież trzeba wypełnić miejsce po wypalonych marzeniach i wyrzuconej za drzwi miłości”. Io tym właśnie jest „Wyżej niż połonina”. O tym, co ludziom się zdarzało i zdarza. O tym, co zawsze znów zdarzyć się może.Czy to Jędrkowi Wasilewskiemu „Połoninie”, czy mnie, czy Tobie.Bo tylko taki teatr warto robić, który mówi prawdę, a człowieka potrafi uczynić lepszym. I wiecie, Moi Drodzy, to się chyba właśnie udało!

Do zobaczenia w Bieszczadzie, a jeszcze bardziej w Waszym Teatrze Nie Teraz!

 

Tomasz A. Żak
Dyrektor Teatru Nie Teraz

 

 

PS. Spektakl prezentowany był już kilkanaście razy w różnych bieszczadzkich „miejscówkach”. Każda niezwykła, każdy pokaz inny, można by rzez – premierowy. To było takie „ochrzczenie”dzieła. Teraz czas, aby szło dalej do ludzi, do miasta.

I jeszcze coś. Po prezentacji w Polańczyku dostałem list na swą pocztę komputerową. Jego autor, Tadeusz Krzysztof Knyziak napisał m.in.:

Piszę do Pana, Panie Tomaszu, dziękując całej teatralnej trupie, która wraz z Panem pojawiła się w Bieszczadach.

Piękny to był spektakl. Baza ludzi ni to żywych, ni umarłych, jakich napotykaliśmy u Marka Hłaski. Pokancerowane życiorysy, których nie da się już poskładać, bo poraniła je wojna i zostawiła wiecznie ropiejące rany. Albo takich odrzucanych rykoszetem na margines. Spektakl grany w plenerze, nad brzegiem Jeziora Solińskiego, a gdzieś w pobliżu i w tle sagi duch Wojtka Belona.Aktorzy wiarygodni, widownia milcząca aż do bólu. Bo taki to spektakl był. A niebo tej nocy gwieździste takie.