Wołyńska ballada – „Kontrolowanie teraźniejszości” czy underground?

Data: 16 lipca 2015

Zdawać by się mogło, że lekcję George’a Orwella wyłożoną jednoznacznie w książce „Rok 1984” Polacy powinni zapamiętać raz na zawsze.: „Kto kontroluje przeszłość, kontroluje przyszłość”. Niby wszystko jasne; niby mamy niepodległość i jeszcze na dokładkę demokrację; niby sojusze, jak marzenie i „polska wieś spokojna”. Okazuje się jednak, że to NIBY robi kolosalną różnicę, bo wystarczy powiedzieć: Wołyń i rzeczywistość wokoło zaczyna skrzeczeć, jak pospolitość w „Weselu” Wyspiańskiego. 

Zrzut ekranu 2015-07-16 o 20.36.27

– Czy pan się nie boi, że po spektaklu Teatru Nie Teraz „Ballada o Wołyniu” tacy łysi faceci z bejsbolami wyjdą na ulice i zaczną łomotać każdego, kto ma jakiś ukraiński akcent? – zainteresował się na Biesiadzie Teatralnej w Horyńcu niejaki Łukasz Drewniak, sugerując, że tego w ogóle nie powinno się pokazywać w Polsce. I zupełnie nie mógł zrozumieć, że „się nie boję”.  Idąc tropem myśli krakowskiego krytyka teatralnego (a wycieczka to niełatwa), należałoby uważać na wszelkie próby artystycznej recepcji historii.

Wobec tego, czy wolno nam opowiadać sztuką o dziejach Polski, czy szerzej – Europy? Nie tylko wolno – trzeba. Przecież to właśnie historia jest ową „nauczycielką życia”; to ona nas uczy, jak nie popełniać tych samych błędów i jak „zwyciężać mamy”.  W literaturze, w filmie, w teatrze zawsze chodzi o opowiedzenie historii. A im mniej ona „wymyślona”, tym prędzej trafi do ludzi. Innymi słowy: fabuła musi być „z tego świata”, a jeżeli bywa, że akcję przenosimy np. w kosmos, to i tak losy bohaterów będą nas obchodziły o tyle, o ile będą wpisane w to, co o człowieku wiemy tutaj, na ziemi.

 Tak, artysta ma prawo do metafory, do skrótu, do kompilacji i co tam jeszcze chcecie. Oczywiście, powinien mieć w sobie „pomysł” na opowieść, świadomość celowości tego, co robi i wiedzę znacznie większą, niż ta z Wikipedii. Ale nade wszystko ma obowiązek mówienia prawdy. I jeszcze jedno – trochę z tą prawdą związane – takich historii, jak opowieść o ludobójstwie na polskich Kresach dokonanym przez nacjonalistów ukraińskich, nie da się zrobić na zamówienie. To znaczy – da się, ale z reguły takie „twory” są nie do strawienia, albo w ogóle powinno się przed nimi ostrzegać, jak przed zabawą z ogniem. Sztuka „użytkowa”, służąca takiej czy innej władzy, a nie Ojczyźnie, istniała zawsze. Nasze czasy wcale nie są wolne i od mediów i od sztuki gadzinowej. Jest tylko jedna, ale niestety niekorzystna różnica w stosunku do tzw. dawnych czasów – dzisiaj się takich czy innych „IgoSymów” nie odstrzeliwuje.

 Najpierw były kwitnące wiśnie w sadzie, którego już nie ma, bo go wycięli. I o tych wiśniach i o sadzie i o domu na Ostrówku, dzielnicy Włodzimierza Wołyńskiego opowiadała mi Mama. Babcia zaś wspominała dziadka, jego pracę na cegielni i to, że był zesłany na Sybir. Gdzie był ten dom i cegielnia? Kto wyciął sad? Co z tą Syberią? I jak daleko stąd do Włodzimierza? – to były pytania, na które dziecko rodziny wypędzonej ze swego domu długo nie uzyskało wyczerpującej odpowiedzi.

 Natomiast wiedza o tym krwawym Wołyniu zacząła się dopiero od wujka Ignacego. O tamtym świecie pomordowanych, o cudem ocalonych, także mojej Mamie, mówiono w domu jeszcze mniej, niż o sadzie i cegielni. Wychowywałem się trochę, jak roślina w płaskiej doniczce, jak drzewo bez ukorzenienia. Tylko Babcia czasami wspominała o jakiejś Ukraince, która ich w nocy ostrzegła, a innym razem mówiła o jakiejś samoobronie w lasach na Bielinie i … szybko milkła. Wujek Ignacy Teterycz też był z Włodzimierza Wołyńskiego. Miał niezwykły dar opowiadania i Bożą łaskę fotograficznej pamięci. I niczego się nie bał. Może dlatego, że ocalał, choć na jego oczach banderowcy zabili żonę i córkę. Jemu udało się uciec.

 Kiedy w końcu zrozumiałem, że chcę opowiedzieć teatrem tamtą historię, to nie zatrzymałem się na rodzinnej emocji, na tych wujkowych relacjach. Przeczytałem na ten temat setki drukowanych stron, dziesiątki świadectw ludzi – jak to się zwykło mawiać – cudem ocalałych z kresowej Zagłady. Obejrzałem wiele godzin niszowych filmów dokumentalnych, których bohaterowie, dzisiaj już starzy ludzie, próbowali opowiedzieć o tamtym czasie zabijania. Było mi też dane rozmawiać z takimi ludźmi. Patrzeć im w oczy, a kiedy było zbyt trudne widzieć oczy puste lub oczy pełne łez, to patrzyłem na ich poskręcane artretyzmem dłonie. Chcąc nazwać morderców, nigdy nie używali słowa – Ukraińcy. Czasami mówili -„upowcy”, a najczęściej – „banderowcy”.  Jeszcze kilka lat temu to nie było tak uderzające, jak dzisiaj, kiedy banderyzm stał się parareligią w obecnym państwie ukraińskim, a kolejne rządy warszawskie udają, że tego nie widzą i nie rozumieją.

 Cztery lata temu na skrzynkę emailową naszego teatru przyszedł taki oto list: „Wczoraj byłem na spektaklu „Ballada o Wołyniu” w teatrze na Miodowej. Gratuluję. Jestem pod wielkim wrażeniem. Ja przeżyłem to piekło. Życie uratował mi przypadek. Jestem Wam ogromnie wdzięczny za to, że przy tak skromnych środkach potrafiliście zrobić coś tak wielkiego i tak pięknego”. Autor tych słów, pan Sulimir Stanisław Żuk, mieszkał w Hucie Pieniackiej. Ukraińscy żołnierze z 4 Pułku Policyjnego SS 14 Dywizji SS „Galizien” wraz z sotnią UPA Dmytra Kaprenki ps. „Jastrub” wymordowali tam ponad 1000 mieszkańców – w trakcie jednej nocy! Na 172 gospodarstwa ocalały tylko 4 domy. Kiedy po pewnym czasie spotkałem osobiście pana Sulimira, powiedział mi, że jest nam wdzięczny za umożliwienie mu powrotu w czasy dzieciństwa, ale nie te kojarzące się z banderowcami i ich siekierami, którymi mordowali polskich sąsiadów, ale te pełne wołyńskich ptaków i kwitnących wiśni…  A dla Teatru Nie Teraz największym dowodem uznania dla wciąż jedynego przecież w Polsce spektaklu teatralnego o eksterminacji Polaków, jest medal, który otrzymaliśmy w 2011 roku od Stowarzyszenia Huta Pieniacka za „odważne podjęcie tematu przemilczanego ludobójstwa na Kresach w pracy artystycznej”.

 W „Gazecie Polskiej Codziennie” odnalazłem kilka dni temu taką myśl: „Jednym z najważniejszych zadań państwa jest prowadzenie systemowej polityki historycznej. Tak postępuje każde poważne państwo. Trzeba skończyć w Polsce z twierdzeniami, że historię należy zostawić historykom, a w polityce koncentrować się jedynie na przyszłości”. Autorem tegoż jest polityk PIS, Jarosław Selin, w latach 2005–7 podsekretarz stanu w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Mój Boże, tak chciałoby się wierzyć, że ta narracja w ewentualnej praktyce rządzenia dotyczyć będzie również Wołynia i w ogóle Kresów. Że 11 lipca będzie oficjalnym świętem Pamięci i Męczeństwa Kresowian i żaden prezydent już nigdy nie wycofa się z patronatu nad obchodami kolejnej rocznicy „rzezi wołyńskiej”.

 Chciałoby się też wierzyć, że „kontrolowanie teraźniejszości” nie będzie oznaczać politycznie poprawnego (jak u Orwella) „kontrolowania przeszłości”, a tym samym skazywania takich spektakli jak „Ballada o Wołyniu” na underground .

 Tomasz A. Żak


Tekst był opublikowany na portalu PCh24.pl dnia 11 lipca 2015 r.