KONIEC ŚWIATA, odsłona 3

Data: 10 sierpnia 2017

        Myślę, że „od zawsze” moje wchodzenie w taki czy inny spektakl zakładało najpierw zbudowanie tzw. przestrzeni duchowej. Chodzi tutaj o coś, co nazywam „pejzażem wewnętrznym” każdej kreowanej przez aktorów postaci. Aktor, zanim weźmie do ręki tzw. egzemplarz (scenariusz), najpierw musi spotkać się ze światem i emocjami, które stworzyły i formowały postać jego bohatera. To niejednokrotnie bywa bardzo trudne, a znalezienie adekwatnej do potrzeb rzeczywistości, czasami metaforycznej, jest kluczem do wspólnego ciągu dalszego. Stąd, jak się Państwo już słusznie domyślacie, tak ważnym był ten opisany już wyjazd do Harmęży.

Oto wypowiedzi trójki aktorów na ten temat zarejestrowane na początku naszej pracy:

Ania Warchał

Moja obecność w tym spektaklu? Wszystko stało się szybko. Czasami zdarza się, że spada jakby z Nieba. I tak to odczytuję.

Widzę w tym projekcie swój udział, to bardzo ciekawe, jak ta moja postać będzie się rozwijała, żyła.

Założenia, które towarzyszą temu projektowi, temu teatrowi w ogóle, czyli mówienie prawdy, pokazywanie prawdy i dodatkowo fakt, że to jest oparte na wartościach narodowych, katolickich, które są mi bardzo bliskie. I przyznam się, że pierwszy raz spotykam się z takim połączeniem w teatrze. To jest niesamowite.

Również po raz pierwszy spotkam się z taką metodą pracy, którą zaproponował Tomasz, jest to bardzo wciągające, tajemnicze i już nie mogę się doczekać na następne próby.

Aleksandra Pisz

Wiem, że to, co robimy, to będzie coś dobrego i wiem, że to dla mnie będzie wielki krok w dobrym kierunku mojego rozwoju. Moja postać mnie fascynuje. Czuję, że wchodząc w nią, będę coraz bardziej się z nią utożsamiała.

Karol Zapała

W tym projekcie widzę możliwość artystycznego spełnienia, ale – biorąc pod uwagę, że środowiska artystyczne są dzisiaj przede wszystkim lewicowe, to praca z TNT jest spotkaniem z ludźmi myślącymi inaczej. Ten przygotowywany przez nas spektakl bardzo mocno wszedł w moją głowę od pierwszej rozmowy z Tomkiem sprzed roku, kiedy powiedział, że planuje realizację spektaklu fatimskiego – tak ten projekt nazwał wtedy. I wtedy już wiedziałem, że muszę w tym być.

Metoda pracy Tomasza jest inna niż te, do których jesteśmy przyzwyczajeni. Ona ma szansę się sprawdzić, jak myślę, tylko przy zgranym ze sobą zespole ludzi. I takim zespołem ludzi powinniśmy się stać w tej pracy.

        Burzyn to mała miejscowość koło Tuchowa, który jest dla TNT miejscem szczególnym, chyba najbardziej przyjaznym dla tego teatru w długiej jego historii. Tak w Tuchowie, jak i w Burzynie zdarzyło się dla nas wiele dobrego i mamy tutaj sprawdzonych Przyjaciół. W filii tuchowskiego Domu Kultury w Burzynie prowadziliśmy warsztaty, tutaj także powstawał nasz spektakl „Wyklęci”. W sytuacji, gdy w rodzinnym dla TNT Tarnowie nie ma dla naszej pracy ani miejsca, ani podstawowego choćby szacunku, pracujemy tam, gdzie to jest możliwe. Dodatkową inspiracją jest tutaj Sanktuarium Matki Bożej Tuchowskiej z klasztorem OO. Redemptorystów i leżący „na wyciągniecie ręki” wielki górski masyw Brzanki. I pewnie o tym wszystkim i o jeszcze paru tuchowskich i burzyńskich klimatach opowiemy.

 

        Rok 2017 to na pewno w dziejach świata ROK FATIMSKI. Setna rocznica Objawień w Fatimie ma swoją niezwykłą siłę. Ale nie tylko chodzi o tę i inne okrągłe rocznice, które w tym roku nas „dotykają”, a nawet czasami „ranią”. Chodzi i o to, że przesłanie fatimskie jest dzisiaj jeszcze bardziej aktualne, niż 100 lat temu, a obraz piekła, jaki Matka Boża ukazała trójce pastuszków, zdaje się być realizowany dzisiaj w tzw. realu. Chcieć opowiedzieć o tym, to nie tylko obowiązek, ale i swoiste powołanie artysty.

TAŻ

W następnej odsłonie „Końca świata” dowiecie się, kto komponuje muzykę do naszego przedstawienia i kto będzie twórcą scenografii. Spróbujemy również co nieco opowiedzieć o postaciach tego „dramatu, który nie ma końca”… 

 

***

Ze wszystkich słów, które mądre i okrągłe padły w pewne burzowe popołudnie, najbardziej drżały te wypowiadane przez Annę.

Zastanawia mnie, co kryje się za tym drżeniem; jakie nadzieje, strachy i  tęsknoty pochowały się za przemyślanym i statycznym kształtem słów. Co ma w głowie kobieta opowiadająca niskim, matowym głosem o lampie i drutach kolczastych z fotografii – fotografii, która przygnębia, straszy i zapada w pamięć.

Jej bohaterka ma kanciastą duszę i smutku na tyle, że trudno uwierzyć, że mieści się  on w wątłej szklance ludzkiej wrażliwości. Przez lata intensywnie pracowała, żeby zbudować wkoło siebie mur. Ten mur jest z cierni – grzechu,  pysznej wiary w szkiełko i oko, i potrzeby przetrwania. Ale gęsto utkane pajęczyny, które miały chronić,  oplotły serce. Bycie w grzechu, prawdopodobnie najłatwiejszy sposób na pojmowanie świata, nagle stało się całym światem. Dużo trudniej jej zrozumieć, że poza utratą kontroli nad panująca w mieście zarazą, straciła umiejętność kontrolowania swojego grzechu. On zerwał się jak koń spłoszony, rozpędził i z największa siłą uderza w tę postać. A ona tkwi w cieniu lampy, którą trzeba, koniecznie trzeba zapalić.

Nie rozumie jednak, że to nie o lampę wszystkim chodzi, bo ta jest tylko ułudną i spali te kobietę, jak ciepło żarówki ćmę wątłą.

Gdzie jest to światło? Czym jest to światło?

Czy ona je odnajdzie? Czy odnajdą je inni, którzy wieszczą teatrem „koniec świata”?

A czy Ty dostrzegasz to światło?

 

Agnieszka Rodzik