Góry – tu i teraz

Data: 22 grudnia 2016

Góry zawsze wydawały się być idealną metaforą na wyjaśnienie tego, co tu, na co dzień, w dolinie.

A ta codzienności to w dużej mierze splot powtarzalnych czynności, ogrom konieczności, zadań, spraw pilnych, ważnych, błahych, dni wolnych od pracy, chwilami nawet i od obowiązków, dni zabieganych, męczących albo cichych i spokojnych… I można by tak jeszcze długo wymieniać. Wszystko to, co napisano i w domyśle, składa się na jedną całość będącą konsekwencją podejmowanych decyzji na różnych etapach życia.

Trudno byłoby się nie zgodzić ze stwierdzeniem, że wiele od nas po prostu nie zależy, i że mamy mały wpływu na bieg wydarzeń, obrót spraw. Jednak właśnie tym bardziej powinniśmy dokładać wszelkich starań by owa nieprzewidywalność nie porwała nas, czyniąc jedynie bezwolnymi kukiełkami. Dlatego należy podejmować decyzje, konsekwentnie tworzyć siebie na wielu płaszczyznach – w szkole, domu, rodzinie, pracy, poza nią. Wytrwale kreować swój szeroko pojęty światopogląd, nieustannie dbając o jego rozwój i umocnienie i realną trwałość. Umiejętnie i rozważnie obierać kierunki swoich ścieżek życiowych, jak i ludzi, z którymi się nimi podąża. Że niby to oczywiste? Nie, to nie jest oczywiste.

Niecały tydzień temu podjęliśmy decyzję, że pójdziemy w góry. I poszliśmy. Trasa została wytyczona. Potrzebny ekwipunek zapakowany w plecaki.

Jeżeli decydujemy się na coś w życiu, to zakładamy naturalnie powodzenie, sukces. I ma to zastosowanie chyba do wszystkiego, ale skupmy się na kluczowych kwestiach, które już na samym początku nadają określony kurs naszej egzystencji, jej jakość i charakter, implikując, co i jak dalej. Sprawa zaczyna się komplikować, gdy pojawiają się pierwsze trudności. Pojawia się zwątpienie, obawa przed konsekwencjami, szczególnie, gdy nasze poczynania są oceniane, weryfikowane przez innych. Próbujemy mimo to dalej. Może mniej śmiało, a może właśnie bardziej pewnie, ufając temu, co się wybrało, czemu zawierzyło.

Dzień był piękny. Lekko mroźny. Choć niebo, wciąż błękitne, zdradzało zmianę pogody pod postacią rozciągle rozcapierzonych chmur. Trasa przewidywała pokonanie na krótkim odcinku sporego przewyższenia. Szlak prowadził przez las, a właściwie była to droga wykorzystywana do zwózki drzewa. Skromna jak na tą porę roku warstwa śniegu była skuta grubą warstwą lodoszreni, która przypominała lukier na pączku, ale bezlitośnie rysowała buty, czyniąc każdy krok trudniejszym.

My, ludzie tworzący ten teatr, wybraliśmy ścieżkę trudną. Wygląda, że od lat, jakby w kontrze do otaczającej nas rzeczywistości, konsekwentnie funkcjonujemy w obrębie wartości, które uznaliśmy za kluczowe – tak po prostu ważne i nie do przemilczenia. Więc nie milczymy, choć nie raz i wciąż ktoś próbuje uciszyć zakłamaniem, ośmieszeniem bądź inną formą „demokratycznej” retoryki. Na przestrzeni lat takich momentów było wiele, wiele chwil, w których ciężar odpowiedzialności za podjętą decyzję wydawał się być zbyt duży. Za nami ponad trzydzieści lat intensywnej, nieprzerwanej pracy twórczej, bogatej w liczne premiery teatralne, przedsięwzięcia artystyczne i kulturalne.

Dzień chylił się ku zachodowi. I czynił to dobitnie, wykorzystując nieprawdopodobną paletę kolorów. Dotarliśmy do odsłoniętego fragmentu przecięcia się kilku szlaków. Przed nami ukazał się obraz tak niezwykły, że oczywistym było jego utrwalenie. Linię horyzontu rysowały Tatry, które w ostatnich słonecznych promieniach płonęły krwistą czerwienią, płynie przechodzącą w fiolety i malinowe róże. Majestatyczność tego widoku nie pozwoliła mówić, bo słowa tu nie pasowały. Niebo gasło powoli. Nawet nie wiem kiedy, ale zapomniałam o bólu w kontuzjowanym barku i zapomniałam też ubrać rękawiczki, które zdjęłam do robienia zdjęcia, wyziębiając tym samym mocno dłonie. Ostatnie minuty, jakie zostały nam do schroniska, przebyliśmy już przy resztkach jasności dnia chowającego się na szczytami Tatr.

A gdzie metafora? Właśnie w tym krótkim, ale jakże pięknym finale kilkugodzinnej mozolnej wędrówki. Warto mieć cel, warto o niego walczyć, warto trwać szczerze przy swoim, warto mieć u boku ludzi, którzy czują i myślą podobnie, bo wtedy góry… można przenosić.

 Do zobaczenia na szlaku!

Aleksandra Żak

img_3415-2 img_3441-2 img_3473-2 img_3477-2